Artykuły ogólne: Fotografowanie w sklepie
Fotografowanie w sklepie
Od: Robert Tomasik - wyświetl profil Data: Czw. 19 Sty. 2006 02:31 Grupa: pl.soc.prawo Mikołaj "Miki" Menke [###m...@menek.one.pl.###] napisał: Mikołaju! Zazwyczaj nie zasłaniam się archiwum i wyjaśniam n-ty raz każdemu, w miarę wolnego czasu. Ale na temat fotografowania naprawdę już nie mam siły pisać. Temat odżywa na tym forum średnio z raz na tydzień w różnych konfiguracjach. Ze dwa lata temu, to dodatkowo był modny na forum pl.misc.kolej, bo SOK-istom się ubzdurzyło, że terrorystów będą w ten sposób tropić. Tam skończyło się oficjalnym pismem jakiegoś czynnika stwierdzającym, że nie ma żadnych przepisów umożliwiających takie zakazy wprowadzać i jak pogrzebiesz, to znajdziesz w sieci nawet skan tego pisma, bo ktoś to tam publikował. Sprawa jest rozwałkowana na 10-tą stronę. Tak więc w telegraficznym skrócie, a szczegółów poszukaj w archiwum grupy szukając pod hasłami "zakaz fotografowania", "wejście do sklepu z plecakiem" czy "przeszukanie przez ochronę" - bo generalnie o jedno i to samo chodzi: 1. Jakikolwiek zakaz mógłby wynikać albo z przepisu ustawy, albo z umowy. ÂŻadna ustawa nie zabrania fotografowania tego, co można zobaczyć i nie jest chronione jako informacja niejawna lub też nie podlega ochronie kilkoma innymi rodzajami tajemnic. Unormowanie tego znajduje się w ustawie o ochronie informacji niejawnych, zaś przepisy karne w kodeksie karnym. Wchodząc do sklepu umowy z nikim nie zawierasz, nawet w sposób dorozumiany, bo musiał byś wyrażać na to zgodę. 2. Nie ma również żadnego przepisu, który by mówił w jaki sposób ów zakaz fotografowania miał by być uzewnętrzniany, gdyby nawet można go było wprowadzić. Do czasu wejścia w życie obecnej ustawy o ochronie informacji niejawnych było rozporządzenie określające, że są to te tabliczki z przekreślonym aparatem. Ale ustawa wchodząc w życie rozporządzenie to uchyliła. Nowego nie ma, bo nie ma sensu go wprowadzać, bowiem w obecnie obowiązującym systemie ochronę niejasności zapewnia się poprzez tworzenie tzw. stref bezpieczeństwa ograniczając dostęp osób postronnych do chronionych obiektów. Tak więc nawet gdyby zakaz można było wprowadzać, to nie ma jak w sposób legalny powiadomić osób postronnych o tym fakcie. Nawet w odniesieniu do obiektów strategicznych zrezygnowano z takich zakazów uznając, że w dobie dostępnych w internecie zdjęć satelitarnych oraz aparatów mieszczących się pierścionku służby specjalne obcego państwa jak będą chciały, to fotkę i tak zrobią, a tablica może jedynie zwrócić uwagę, co trzeba fotografować. 3. Gdyby nawet uznać, że właściciel obiektu może w ramach wykonywania prawa własności zakaz taki wprowadzać, i gdyby nawet znaleźć jakiś sposób skutecznego powiadamiania osób o wprowadzonym zakazie (załóżmy każdemu wchodzącemu do sklepu wręczać za pokwitowaniem regulamin), to i tak nie ma żadnego przepisu karnego, który by stanowił, że zrobienie takiej fotografii jest chociaż wykroczeniem (o przestępstwie nie wspominając). Za to przepisy o ochronie mienia oraz prawo karne ogranicza możliwość pozbawienia człowieka wolności przez inne niż organa ścigania osoby tylko i wyłącznie do przypadków ujęcia go na gorącym uczynku (lub po pościgu) popełnienia przestępstwa lub wykroczenia. Tak więc, choćby się uprzeć, że zakaz jest ważny, to i tak ochroniarz może co najwyżej apelować i prosić. Nie może nawet zatrzymać takiej osoby (o przeszukiwaniu, czy zgoła odbieraniu jakichkolwiek rzeczy nawet nie wspominając, bo tego NIGDY mu nie wolno zrobić) i indagowany fotograf może w prostych żołnierskich słowach wyjaśnić mu, że go "nie lubi i nie ma ochoty z nim rozmawiać". Na takie dictum ochroniarz może jedynie wykonać komendę "w tył zwrot" i odmaszerować, bo dalsze natarczywe grymaszenie zaczyna zahaczać mniej lub bardziej o paragraf, a w wypadku próby zatrzymania lub odebrania aparatu włącza mechanizmy obrony koniecznej, których może użyć zarówno fotograf, jak i każda przypadkowa osoba. W konsekwencji ochroniarz naraża się na pobicie go w majestacie prawa, a o idących za tym konsekwencjach karnych napisze dalej. 4. Zakres uprawnień pracowników ochrony nie przewiduje możliwości rekwirowania czegoś i niszczenia. Tego nawet policja w stosunku do przestępców robić nie może i musi mieć w tej sprawie prawomocne postanowienie sądu. Zabranie komuś filmu i jego naświetlenie w najlepszym dla ochroniarza wypadku jest przekroczeniem uprawnień za które można dostać 5 lat pozbawienia wolności (art. 50 Ust. o Ochronie osób i mienia). A i to przy założeniu, że fotograf na wezwanie niejako dobrowolnie oddał mu ów film i nie będzie zanadto protestował. Bo jeśli zabranie filmu łączyło by się z pozbawieniem wolności czy użyciem siły, to kara może sięgać nawet lat 12 (art. 280 kk lub 282 kk). Jeśli nawet ochroniarz jest niekarany i załóżmy uda mu się wywinąć karą w zawieszeniu i grzywną, to tego typu wyrok skazujący pozbawia go z urzędu licencji. Fakt, faktem, że ochroniarze miewają takie pomysły. Sam swego czasu stoczyłem bój z jednym w M1 w Krakowie (tym koło studia telewizji), gdy chciałem dziecku zrobić fotkę na postawionym tam wewnątrz zabytkowym tramwajem. Sadził się okrutnie i faktycznie chyba był głęboko przekonany, że ma rację. Przyznam, że była chwila w której ułamki sekund dzieliły mnie od decyzji urzędowego skrócenia sporu i po prostu zatrzymania natręta z plakietką, choćby za odmowę okazania licencji. Zwłaszcza, że upierał się przy tym, ze chce do ręki dostać mój aparat. W końcu ochroniarz wezwał dowódcę, który okazał się bardziej przytomny i kazał tamtemu iść precz. Tak więc rozumiem osoby, które mają takie problemy. Przy okazji od tego dowódcy dowiedziałem się już w luźnej rozmowie, że oni doskonale wiedzą, że nie mają racji. Ale to są pomysły kierownictwa sieci, która im daje zlecenia i wymaga ich wykonania. Podobno zwalczają w ten sposób konkurencję. W jaki sposób, to tego już ten ochroniarz mi wyjaśnić nie potrafił, a mnie nic sensownego do głowy nie przychodzi. Przy czym osobiście jestem zdania, że mniejszym problemem są utarczki z ochroniarzami zakazującymi fotografowania, bo jest to jakaś tam bzdeta i jak będę chciał fotkę zrobić, to spokojnie ją zrobię w taki sposób, że nikt widzieć nie będzie. Zwłaszcza cyfrówką, gdzie mogę po prostu "spod rękawa" zrobić wiele fotek mając pewność, że któraś wyjdzie. Większym problemem są kierowane przez ochroniarzy groźby w rodzaju, że jak nie odda filmu, to mu udowodnią kradzież. Ponieważ inicjator wątku coś takiego napisał, a nie mam podstaw, by mu nie wierzyć znając poziom niektórych ochroniarzy, to właśnie z tego powodu gorąco go namawiam do nadania sprawie urzędowego biegu. Takie słowa ze strony ochrony dyskredytują ją natychmiast. Ba jaką mamy pewność, że następnym razem z nudów, swawoli czy dla premii nie dopadną zupełnie przypadkowej osoby i nie będą twierdzić, że coś ukradła? W sklepie, gdzie nie ma monitoringu to w sumie jest przecież możliwe. Stąd uważam, że ta ochrona powinna zostać wyeliminowana dla bezpieczeństwa ogółu jak najszybciej o w sposób wykluczający możliwość podjęcia zatrudnienia w podobnym charakterze kiedykolwiek później. I na koniec moja rada. Większość aparatów cyfrowych ma możliwość kręcenia filmów. W mniejszej rozdzielczości można nawet kilkadziesiąt minut nagrać. Warto zawczasu ustawić sobie mniejsza rozdzielczość i widząc podchodzących ochroniarzy włączyć zapis. Nie chodzi już nawet o obraz, ale o dźwięk. Gdyby komuś udało się zarejestrować groźbę użycia siły albo pomówienia o kradzież, to w ogóle z ochroną nie należy wdawać się w dyskusję, w miarę możliwości nie dać się wciągnąć na zaplecze i wzywać policję. W wypadku takiej groźby udokumentowanej w opisany sposób nie wierzę, by jakikolwiek prokurator nie poszedł z tym do sądu. A tego typu ochronę należy eliminować dla wspólnego bezpieczeństwa. Krótko, to mi chyba nie za bardzo wyszło, ale mam nadzieję, że przekonywująco. |
Artykuły ogólne: Kalibracja tak ogólnie
To: Fotografia_Przyrodnicza+yahoogroups.com
|
Artykuły ogólne: Fotografia a prawo
From: "Jacek" I jeszcze jedno: z wyroku sadu apelacyjnego (kwiecien 2000)
|
Artykuły ogólne: Prawo autorskie
Date: Sun, 27 Jan 2002 22:42:35 +0100
|
Artykuły ogólne: Prawa fotografa i prawa obywatela
Autor: Ferdynand Trott ftrott@bez.tego.wp.pl |
Artykuły ogólne: Wykład gościnny I - baterie w aparatach
Autor:Marek Lewandowski (nospamabuse@onet.pl)
|
Artykuły ogólne: Wykład gościnny II - baterie LiION
Autor:Marek Lewandowski (nospamabuse@onet.pl) |
Artykuły ogólne: Wykład gościnny III - matryce CCD
Autor:Marek Lewandowski (mareklew.SKASUJ@gazeta.pl) |
Artykuły ogólne: Wykład gościnny IV - kolorki świata
Autor:Marek Lewandowski (nospamabuse@onet.pl) |
Artykuły ogólne: Wykład gościnny V (skrócony) - jaką wielkość ma piksel?
Autor:Marek Lewandowski (mareklew.WYTNIJ@gazeta.pl)
|
Artykuły ogólne: Wykład gościnny VI - o sensorach CMOS
Autor:Marek Lewandowski (mareklew.WYTNIJ@gazeta.pl) |
Artykuły ogólne: Wykład gościnny VII, część I - po łebkach o obrazie i obiektywie
Autor:Marek Lewandowski (mareklew.WYTNIJ@gazeta.pl) Początkowo zamierzałem ten artykuł przerobić nieco i przede wszystkim napisać A po co komu obiektyw? Zacznijmy od początku: Na dobry start przyjmijmy raz a dobrze do wiadomości: fotografia nie ma nic Tak, wiem, to są podstawy ze szkoły jeszcze, ale czytajcie dalej, będzie Uprośćmy najpierw kwestię do minimum: wyobraźmy sobie prostą linię, promień Kawałek blachy w blasze dziurka. Nieskończenie mała dziurka, żeby się Jaśniejszy napisałem? No ale dalej mamy dziurkę rzędu 0.2mm, czyli przysłony Musimy dalej zwiększać dziurę. Ale jak zwiększymy otwór, to promienie Taaak... Dla małej dziurki nie liczyło się, jak daleko jest obiekt wysyłający W tempie ekspresowym dojechaliśmy do momentu, gdzie przeciętny obywatel W szkole zabawa zakończyła się na rysowaniu obrazu "strzałki" tudzież innego Weźmy na próbę soczewkę o f=50mm czyli o "sile" 1/0.05 = 20 dioptrii. Jeśli chcielibyśmy fotografować dalsze obiekty, należałoby zmniejszać Jeśli chodzi o bliższe obiekty, musimy oddalać soczewkę od kliszy. Wraz ze Aleale, dygresja dygresją, a co z naszymi obiektami w scenie? Na razie rozważamy sobie idealną soczewkę, więc jest nieskończenie cienka - Wniosek: wszystko, co nie jest położone na powierzchni fokalnej (w naszym Jak bardzo nieostro? Dla wspomnianego punktu odległego o 2 metry, którego obraz powstaje 51.3mm od Zapewne każdemu obiło sie o uszy pojęcie przysłony. Taki mechaniczny dynks, co nie, nie trzeba obcinac soczewki dookoła, wystarczy zasłonić jej brzegi, a oops... ale was wmanewrowałem w pojęcie głębi ostrości ;P Ale przynajmniej już wiadomo, skąd się bierze - im dalej od "celu" jest Ja tymczasem chcę oddryfować na moment w trochę inną stronę... ale to w |
Artykuły ogólne: Zima w lesie
Date: Sat, 15 Dec 2001 22:54:04 +0100 |
Artykuły ogólne: Fotografowanie zimą
Pierwsza i podstawowa rada: zimą się nie fotografuje ;-).
|
Artykuły ogólne: Dekalog grupowy
Date: Sat, 2 Mar 2002 07:49:22 +0100 |
Artykuły ogólne: Krótko o bokeh
Autor: watteau+box43.gnet.pl (Stanislaw B.A. Stawowy) |
Artykuły ogólne: Autorstwo zdjęcia
autorstwo zdjęcia (b. długie) {mospagebreak} |
Artykuły ogólne: Unikanie "walących się" ścian w fotografii architektury
"Walące się ściany" są jednym z podstawowych błędów przy |
Artykuły ogólne: Wyznanie Anonimowego Sprzętowca-kolekcjonera
From: "[ d z e r r y ]" |
Artykuły ogólne: Siedem Poziomów Fotografów Duchowy przewodnik (satyra) © Ken Rockwell.com (Uwaga: posługuję się zachodnią konwencją językową, według której „on” oznacza obydwie płcie). Artysta: Najwyższy Poziom 7 (odpowiednik “Nieba” w mitologii chrześcijańskiej) To najwyższy poziom, jaki można osiągnąć. Artysta przelewa swoją wyobraźnię w materialną formę, którą nazywamy fotografią. Zatrzymuje w tej fotografii duszę miejsca, prawdziwą lub wyobrażoną, na którą reaguje widz. Artysta w pełni panuje nad używanymi przez siebie narzędziami. Tworząc, artysta wykracza poza zwykłe, przyziemne istnienie, gdyż jego dusza ulatuje aby spotkać się z duszą, którą on chce ukazać. Artysta może uczyć się i ćwiczyć kiedy nie tworzy. Kiedy jednak tworzy, aparat staje się przedłużeniem jego umysłu. Gdy jest zaangażowany w proces twórczy, nie poświęca ani jednej świadomej myśli kwestiom technicznym, które tak doskonale opanował. Używając muzycznego porównania, pianista może nieustannie ćwiczyć gamy, ale kiedy występuje, nie zastanawia się nad układem palców na klawiaturze. Zatraca się w nastroju chwili. Podobnie jak profesjonalni surferzy, mający po kilkanaście desek, czy gitarzysta z kolekcją 23 kostek, artysta może posiadać wielką ilość aparatów – a każdy z nich służy do innego celu. Inny artysta może mieć tylko jeden aparat, lub nie mieć go wcale. To nie ma znaczenia. Artyści czasem ubierają się dziwacznie, a często bardzo późno kładą się spać. Nikt nigdy nie ogląda ich prac, ponieważ nie są zbyt dobrzy w autopromocji. Ci, którzy potrafią się wypromować, spadają na poziom Dziwki. Niestety, o paradoksie, oznacza to, że nie zobaczysz nigdy zdjęć prawdziwego artysty – chyba że znasz go osobiście. Dobrzy artyści na ogół wstydzą się pokazywać swoje prace komukolwiek – chyba że bardzo dobrze ich znasz – ponieważ wkładają w nie swoją duszę. Artysta może posługiwać się dowolnym rodzajem aparatu, także otworkowym czy jednorazowym, albo kamerą wielkoformatową. Posługują się takim instrumentem, jakiego potrzebują by stworzyć to, czego chcą. Dziwka: Poziom 6 Dziwka to artysta, który sprzedaje swoją duszę, przyjmując za swoje dzieła pieniądze lub narkotyki. Ponieważ zniża się do tego poziomu, jego wizja twórcza zapewne nie jest szczera. Dlaczego? Jeżeli musisz sprzedawać swoją duszę, aby mieć kasę na jedzenie i mieszkanie, nie pieprzysz się dla przyjemności – co oznacza, że nie próbujesz niczego nowego. Jeżeli dziwce uda się po latach starań zarabiać tyle, by wystarczyło na opłacanie rachunków, to raczej mało prawdopodobne, aby próbował nowego stylu, dopóki potrzebuje pieniędzy. Artyści mający swojego “przedstawiciela” (co oznacza, że reprezentuje ich galeria czy agent – coś w rodzaju alfonsa) mogą go utracić, zmieniając styl. Dlatego też sztuka wystawiana na sprzedaż przez jedną osobę raczej nie będzie ani lepsza, ani inna. Jedyne, czego chcą od dziwki jego alfonsi (pardon, przedstawiciele) to styl, dzięki któremu jego zdjęcia sprzedają się. Przeczytaj książkę Barnbauma o artyzmie. Naprawdę rzadko zdarza się, aby odnosząca sukcesy dziwka zmieniła styl, który już został zaakceptowany. Amator: Poziom 5 Amatorami są ludzie, którzy mniej niż połowę swoich zarobków osiągają z fotografii. Nie ma to nic wspólnego z jakością robionych przez nich zdjęć. Tacy ludzie kochają tworzyć fotografie. Dobrzy amatorzy o czystych duszach mogą przeskoczyć pozostałe poziomy i stać się artystami. Ludzie, którzy poza swoim normalnym zajęciem w weekendy zajmują się fotografowaniem ślubów itp. nie przestają być amatorami – po prostu biorą pieniądze za swoje zdjęcia. Amatorzy, którzy sądzą, że lepszy aparat sprawi iż będą robili lepsze zdjęcia, ryzykują spadek na najniższy poziom – onanisty sprzętowego. Zbyt wielu amatorów daje się zwieść producentom aparatów i wierzy, że muszą mieć dobre aparaty aby robić dobre zdjęcia. Takie myślenie zabija tworzenie sztuki. Amatorzy, którzy potrafią zatracić się w tworzeniu świetnych obrazów, znajdują się na dobrej drodze do uzyskania oświecenia. Dobrze jest być amatorem – z tego poziomu łatwo można wznieść się na poziom artysty. Amatorzy prawie zawsze używają lustrzanek Canona. Pstrykacz: Poziom 4 Pstrykaczem jest moja mama, a wraz z nią większość ludzi. Takie osoby chcą mieć wspomnienia, a nie fotografie czy aparaty. Pstrykacze, którzy są grafikami, bądź po prostu posiadają zdolności plastyczne, bardzo często tworzą fantastyczne zdjęcia, zadziwiając innych. Tacy pstrykacze są artystami, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Na ogół także ubierają się lepiej niż artyści, którzy uważają się za artystów. Uwierz mi: to fotograf robi zdjęcie, a nie aparat. Pstrykacze używają zwykłych „małpek” albo aparatów jednorazowych, osiągając tak samo doskonałe rezultaty jak pozostali, korzystający z „Lejków”, Nikonów, Canonów czy Contaxów. Zawodowiec: Poziom 3 Zawodowy fotograf to ktoś, kto utrzymuje się wyłącznie (w 100%) z fotografii. Zawodowcy nie tworzą sztuki aby żyć – tworzą komercyjne obrazy. Zwykle dobrze opanowali technikę i potrafią wygenerować całkiem porządne zdjęcia, jednak umiejętność przekazywania swoich wizji nie zawsze jest im dana. Oczywiście, zawodowcy mogą tworzyć wspaniałe zdjęcia w czasie, kiedy nie pracują. Zawodowcy poświęcają bardzo niewiele czasu na zastanawianie się nad swoim sprzętem – poza sytuacjami, kiedy muszą go naprawić. Spędzają większość czasu na poszukiwaniu zleceń i narzekaniu, że wszyscy inni fotografowie w mieście obniżają ceny. Zawodowcy wydają na klisze i usługi laboratorium więcej w ciągu miesiąca niż na swój sprzęt w ciągu całego roku. Nie istnieją profesjonalni fotografowie przyrody. Fotografowie przyrody mają jakiś inny etat, albo są utrzymywani przez żony. Zawodowcy robią zdjęcia lustrzankami Nikona, średnioformatowymi Mamiyami lub aparatami wielkoformatowymi Calumet 4x5”. Nie stać ich na tak dobry sprzęt, jaki kupuje większość poważnych amatorów. Jeżeli nie jesteś profesjonalnym fotoedytorem, pewnie nigdy nawet nie słyszałeś o zawodowych fotografach – chyba że przyjaźnisz się z jednym z nich. Faceci występujący w reklamach aparatów, którzy twierdzą, że używają tego czy tamtego aparatu, to tylko wynajęci modele. Prawdziwi zawodowcy nie mają swoich stron internetowych i nie publikują biuletynów technicznych. Tacy ludzie są zwykle amatorami. Bogaty Amator: Poziom 2 To amatorzy, którzy – posiadając zbyt wiele pieniędzy – kupują mnóstwo sprzętu. Ma on uwolnić ich swobodną ekspresję. W tej grupie znajdziemy przeważnie mężczyzn, a większość z nich jest w podeszłym wieku lub na emeryturze. Bogaci amatorzy robią zdjęcia aparatami marki Leica, Contax, Alpa, Hasselblad oraz kamerami wielkoformatowymi Linhof (4x5”) Są to niewątpliwie świetne aparaty. Ale zdjęcia uzyskiwane nimi niczym się nie różnią od tych zrobionych Zenitem, Pentaxem, Bronicą czy Tachihara. Biedniejsi bogaci amatorzy robią zdjęcia lustrzankami Nikona – a czasem też Canona. Ostatnio ci kretyni kupują cyfrowe lustrzanki, przeznaczone dla reporterów gazetowych, takie jak Canon EOS-1D czy Nikon D1X. Aparaty te dają gorsze rezultaty techniczne niż aparaty, którymi posługują się pstrykacze. Naprawdę głupi ludzie czekali na pojawienie się Contaxa N Digital, który kosztuje 7 tysięcy dolarów. Jest mniej użyteczny niż cyfrowe lustrzanki Nikona czy Canona, a zdjęcia robi technicznie gorsze niż tania lustrzanka na zwykłe klisze. Bogaci amatorzy myślą, że nieostre czarno-białe zdjęcia pokazujące ubogich ludzi to sztuka. Niektórzy bogaci amatorzy łatwo spadają na ostatni poziom w hierarchii, ponieważ nadmiernie przejmują się kwestią sprzętu. Inni przechodzą wprost do tworzenia świetnej sztuki, ponieważ nie muszą przejmować się sprzętem – uważają, że właśnie ich jest najlepszy z możliwych. Co ciekawe, niewielu bogatych amatorów tworzy zwyczajne, przeciętne zdjęcia. Ich prace są albo świetne, albo całkowicie do dupy. Onanista sprzętowy: Najniższy Poziom 1 (odpowiednik “Piekła” w mitologii chrześcijańskiej) Ci mężczyźni (a do tej grupy zaliczają się wyłącznie mężczyźni) nie interesują się sztuką ani fotografią, ponieważ nie posiadają duszy. Nie mając duszy, nie potrafią wyrazić swoich wyobrażeń ani uczuć, dlatego też ich zdjęcia – o ile w ogóle jakieś robią – są do niczego. Większość uprawia techniczne zawody – są wśród nich inżynierowie, komputerowcy i specjaliści od nauk ścisłych. Ludzie ci tak bardzo przejmują się wystawianiem cyfrowych ocen dla różnych rzeczy, że całkowicie zapominają o tym drobnym fakcie, iż aparat czy tabela z wynikiem testów ma niewiele wspólnego z duchem obrazu. Ponieważ tak bardzo interesują się mierzeniem osiągów aparatów, przezwaliśmy ich „onanistami sprzętowymi”. Niestety, wielu z nich trafia na moją stronę KenRockwell.com poszukując informacji o osiągach aparatów. Wielu z nich lubi też bawić się sprzętem audio, komputerami czy samochodami. Mogą cieszyć się z zabawek, takich jak aparaty, dla samej przyjemności ich posiadania. Rzadko, jeżeli w ogóle, korzystają z nich w celach, do jakich zostały stworzone. Młodsi spośród nich grają w gry komputerowe, często „czatują” i surfują po Internecie. Starsi przyłączają się do klubów miłośników aparatów. (Należy zapisywać się do klubów fotograficznych, ale nigdy do klubów miłośników aparatów czy jakichkolwiek klubów, które usiłują wystawiać punkty sztuce, ponieważ sztuka jest czymś subiektywnym i nie może być oceniana za pomocą cyferek). Ludzie ci nigdy nie stworzą niczego godnego uwagi, korzystając ze swoich sprzętów. Ale z pewnością podnieca ich fakt posiadania, nabywania lub opowiadania o nich innym ludziom. Jedynym rodzajem wyposażenia, na który nie zwracają najmniejszej uwagi, jest ten sprzęt, który jest rzeczywiście przydatny: oświetlenie. Interesują się sprzętem dla samego sprzętu. Zagadają cię na śmierć, jeżeli tylko im pozwolisz. Jednak gdy wyrazisz chęć obejrzenia ich prac, cała odwaga natychmiast ich opuszcza. Mogą także pomyśleć, że chcesz zobaczyć ich aparaty. Ktoś posiadający przyzwoite portfolio nie jest sprzętowym onanistą sprzętowym. Ktoś posiadający więcej aparatów niż porządnych zdjęć może nim być. Zapewne są nimi osoby, których strony internetowe pełne są artykułów o technice, a pokazują bardzo niewiele interesujących zdjęć. Pod żadnym pozorem nie zadawaj się z tymi ludźmi, nie rozmawiaj z nimi ani nie czytaj ich stron internetowych. Dla nieuświadomionych jawią się niczym niewyczerpane źródła wiedzy. Ich chore, pozbawione życia dusze z rozkoszą wciągną cię do ich własnego piekła. Już nigdy nie uwolnisz się od rozważań o tym, jak ostry naprawdę jest twój obiektyw. Jeżeli zaczniesz się tym martwić, już nigdy nie sfotografujesz niczego poza murem z cegieł czy kartą testową. Ludzie ci są łatwi do zidentyfikowania. Jeżeli doczytałeś aż do tego miejsca, zapewne widziałeś ich strony internetowe. Zawsze mają mnóstwo informacji o sprzęcie, ale niewiele zdjęć. Strzeż się informacji pochodzących ze stron, na których nie ma wielkiej ilości zdjęć, które ci się podobają. Musiałem zdjąć większość zdjęć sprzętu z mojej strony internetowej, ponieważ ci ludzie poświęcali więcej czasu na oglądanie mojego sprzętu niż na oglądanie moich prac! Pasmo dostępu, za które płacę, zajmowali ci idioci, gapiąc się na moje obiektywy zamiast oglądać zdjęcia – dla których właśnie ta strona powstała. Dlatego wszystkie fragmenty o sprzęcie są w kolorze żółtym, aby bolały ich oczy, gdy będą tracić zbyt wiele czasu na śrubki i motorki. Wielu ludzi, którzy piszą do mnie mejle, należy niestety do tej najgorszej, nieoświeconej grupy. Mnóstwo z nich grasuje po Internecie i poświęca całe godziny na „wnoszenie własnego wkładu” do stron poświęconych technice oraz gadając na czatach takich jak Photo.net, www.dpreview.com, photocritique.net czy na niemieckim forum dla osób posiadających i zbierających Nikony, zamiast robić własne zdjęcia. Ci goście tutaj nie są tacy źli. |
Artykuły ogólne: |
Sprzęt: W poszukiwaniu złotego Graala - granice fotografii 35mm
Date: Sun, 07 Oct 2001 22:18:30 GMT W poszukiwaniu zlotego Graala - granice fotografii 35mm
Przyjete wartosci odnosza sie (znow) do warunkow idealnych.
Obiektyw Pan X Tech Pan Kodachrome 25 #2483 Micro Ektachrome
|
Sprzęt: Image Stabiliser - stabilizator obrazu
http://www.canon.com/camera-museum/tech/room/b_tebure.html
|
Sprzęt: Koreksy polskie - recenzja
Temat: Koreksy polskie - recenzja Grupa: pl.rec.foto |
Sprzęt: Krótki przewodnik po obiektywach
Date: Thu, 22 Nov 2001 00:18:20 GMT
|
Sprzęt: Krokus Tank 800 i 2000 - uzupełnienia
Tekst poniższy jest uzupełnieniem do artykułu koreksach polskich opublikowanego na tej liście jakiś czas temu. Mniej typowe pojemności. "Krokus Tank 2000" jest chyba jedynym polskim koreksem pozwalającym obrabiać błony 120 i 135 równocześnie, niestety na denku nie zostały podane minimalne objętości kąpieli niezbędne przy takiej obróbce. Poniższe są wynikiem próby praktycznej: do koreksu zawierającego puste szpule wlewano wodę mierzoną przy użyciu menzurki. Uwaga! Nie dysponuję pięcioma oryginalnymi szpulami do tego koreksu, toteż brakujące zastąpiłem ich odpowiednikami z firmy Paterson. Mają one trochę mniejszą średnicę, jednak dzięki wykonaniu z grubszego plastyku, tylko nieco mniejszą objętość. Porównanie z pomiarami wykonanymi bez założenia na trzpień szpul, wykazało iż dwie szpule "Krokus Tank" mają objętość około 250-280 ml, co daje 125-140 ml na szpulę. Dwie szpule "Krokus Tank" i jedna "Paterson" mają razem 350-360 ml, co daje 80-100 ml objętości szpuli "Paterson". W poniższym opisie (k) oznacza szpulę oryginalną (Krokus Tank), (p) zaś szpulę firmy Paterson. Minimalne objętości roztworu przy równoczesnej obróbce błon 120 i 135: Pomiary zostały kilkakrotnie powtórzone i różnice miedzy nimi wynosiły mniej niż 5 ml. Zmierzone wartości zaokrąglono w górę do najbliższej wielokrotności 10 ml. Przy 870 ml górny brzeg umieszczonej wyżej szpuli znajdował się dokładnie na wysokości lustra wody - doliczając objętość dwu (jedna małoobrazkowa i jedna zwojowa), względnie trzech błon (małoobrazkowa na jednej szpuli i dwie zwojowe na drugiej), objętość powyższa winna wystarczyć do całkowitego pokrycia błon. Moim zdaniem lepiej wlewać tyle jedynie w razie absolutnej konieczności, a normalnie co najmniej 900 ml (przy tej objętości górny brzeg szpuli został całkowicie pokryty wodą), Warto przy tym zauważyć, iż "Krokus Tank 2000" mieści pełne 2 litry roztworów roboczych wyłącznie w przypadku umieszczenia weń jednej, najwyżej dwu szpul. Gdy wewnątrz znajdują się trzy szpule, maksymalna pojemność spada do co najwyżej 1800 ml. Objętość powyższa oznacza napełnienie "Krokus Tank 2000" praktycznie "pod korek" - przy 1750 ml płyn sięga dolnej krawędzi uszczelki. Zapobieganie wywijaniu się błon. Ta część jest przeredagowaną i uzupełnioną odpowiedzią na post Grynfildy dotyczący kłopotów ze oryginalnymi szpulami koreksów "Krokus Tank". W przeciwieństwie do szpul wyposażonych w kulki, z których błona nawet w przypadku kręcenia w niewłaściwą stronę z reguły nie jest w stanie się wywinąć, oryginalne szpule "Krokus Tank" ("Korexu Uniwersalnego" zresztą także), nie mają żadnego zabezpieczenia przed wysunięciem się błony ze spirali. Pół biedy jeśli zdarzy się to podczas utrwalania - z reguły wystarczy błonę umieścić w naczyniu z utrwalaczem (i ten utrwalacz mieszać co jakiś czas, ewentualnie delikatnie poruszać błoną) na 10 minut. Wywinięcie się błony podczas wywoływania z reguły owocuje błoną w pasy - zwoje błony nie dopuściły wywoływacza do emulsji. Istnieją co najmniej trzy sposoby zapobiegające wysunięciu się błony ze szpul "bezkulkowych". 1. Mieszanie poprzez cykliczne obracanie koreksu do góry dnem. Możliwe wyłącznie w koreksach przelewowych ("Krokus Tank 800" i "Krokus Tank 2000" to właśnie takie koreksy). Jeśli koreks jest pełny po brzegi, mogą wystąpić pewne problemy z właściwym mieszaniem kąpieli fotograficznych, dlatego przy tej metodzie lepiej nie napełniać koreksów "pod korek". 2. Mieszanie poprzez kołysanie koreksem - właściwą cyrkulację wywoływacza i utrwalacza zapewnia się lekko cyklicznie odchylając koreks od pionu. Jest to stosunkowo proste w przypadku koreksów "Korex Uniwersalny" i "Krokus Tank 800" - można nawet schwycić koreks jedną dłonią za denko, ewentualnie drugą trzymać pokrywkę i lekko odchylać oś pionową koreksu na boki. W przypadku "Krokus Tank 2000" byłoby to raczej trudne - tu stojący na podłożu koreks łapie się za ściankę, bądź pokrywkę i odpowiednią ilość razy odchyla w prawo, lewo, do siebie, bądź od siebie. Ten styl mieszania, podobnie jak opisany poprzednio, może nie gwarantować właściwej cyrkulacji płynów w całkowicie napełnionym koreksie. 3. Mieszanie poprzez kręcenie pokrętłem w odwrotnym kierunku niż błona jest nawinięta. W "Korexie Uniwersalnym" wystarcza po prostu kręcić w kierunku wskazywanym przez strzałkę na pokrywce. W obu "Krokus Tank" sprawa wszakże nieco się komplikuje - w nich daje się włożyć szpule na dwa sposoby. Toteż jedynym sposobem na uniknięcie wysunięcia się błony ze spiral, jest staranna kontrola przy wkładaniu błony. Z reguły dezorientacja następuje przy zakładaniu szpuli (bądź szpul) na trzpień, zakładaniu pierścienia mocującego i umieszczaniu tego wszystkiego w puszcze koreksu. Dla uniknięcia błędów można: * Planując wywołanie tylko jednej szpuli z błoną małoobrazkową, czy jedną-dwiema błonami zwojowymi, załóż szpulę i pierścień na tuleję koreksu w świetle, a dopiero po zakończeniu montażu i upewnieniu się co do strony w którą skręcają rowki spirali wyłącz światło, względnie umieść koreks w worku-ciemni (warto tu zauważyć iż niewiele jest na tyle obszernych nie tylko by zezwolić na swobodne manipulacje "Krokus Tank 2000", ale choćby w ogóle go pomieścić) i przystąp do zakładania błon. Teoretycznie na trzpień "Krokus Tank 2000" można by założyć więcej niż jedną szpulę w świetle, zablokować je pierścieniem, po czym w ciemni powsuwać błony, ale byłoby to dość trudne (sąsiednie szpule przeszkadzają). W razie wykorzystania co najwyżej 4 szpul "małoobrazkowych", względnie trzech "zwojowych", zadanie można sobie co nieco ułatwić, poprzez założenie pierścienia mocującego na sam koniec trzpienia, pozwalając tym samym na swobodne przesuwanie się po nim założonych szpul. Po upewnieniu się iż wszystkie spirale skręcają w tym samym kierunku, można "przejść w tryb ciemniowy" i przesuwając kolejne szpule niczym koraliki na liczydle zakłada się kolejne błony. Następnie wystarczy docisnąć pierścień mocujący w dół aż do górnej krawędzi najwyższej szpuli, tak by te nie mogły się już luźno przemieszczać po trzpieniu koreksu, umieścić ów trzpień w puszcze i zakręcić pokrywkę. * Przed włożeniem trzpienia ze szpulą, czy szpulami do koreksu (niezależnie czy pusta szpula zakładana była na trzpień przed wsunięciem błony, czy też szpule wsuwane były na trzpień dopiero po założeniu nań błon) upewniasz się tak na wszelki wypadek w którą stronę zorientowana jest każda z błon na swej szpuli. Choć musisz dokonywać tego w ciemności, wbrew pozorom jest to bardzo proste nawet dla początkujących - dotykiem lokalizujesz pokrętło (o ile oczywiście jest założone - inaczej po prostu znajdź górny koniec trzpienia), następnie przesuwając dłoń wzdłuż tulei szpulę i założoną nań błonę, a potem przesuwając palcem w bok po zewnętrznym zwoju błony, jej koniec. Jeśli pokrętło jest skierowane ku górze (względnie do ciebie), błona musi się kręcić w stronę z której wyczułeś koniec (a dokładniej brzeg) błony, jak gdybyś chciał staranować krawędzią błony palec, ewentualnie wcisnąć ją dalej w rowki spirali, blokując znalezioną krawędź palcem. Najlepiej taką kontrolę przeprowadzić parę razy, ostatni już po włożeniu tulei z błonami do koreksu, na krótko przed jego zamknięciem - nieco wysuwasz trzpień z koreksu (wystarczy 1/4 - 1/3 wysokości szpuli), wyczuwasz palcem końcówkę błony i ustalasz w którą stronę jest skierowana. Potem wsuwasz wszystko z powrotem i zamykasz koreks. Ten zabieg jest najłatwiejszy w przypadku "Krokus Tank 800", trzpień "Krokus Tank 2000" z założoną tylko jedną szpulą trzeba naprawdę sporo wysunąć. W przypadku zakładania kilku szpul, obowiązkowo należy upewnić się czy końce błon na każdej szpuli skierowane są w tę samą stronę i w razie potrzeby skorygować, zdejmując niewłaściwie założoną szpulę, przekręcając ją do góry nogami, zakładając ponownie i blokując pierścieniem (wiem, że to irytujące, ale niestety nieodzowne - inaczej gdy jedna błona będzie wsuwana w głąb spirali, założona odwrotnie będzie się zeń wywijać). Całą procedurę kontroli można łatwo i bezboleśnie przećwiczyć, dysponując kawałkiem zaświetlonej błony (wystarczy nawet dość krótki, byle tylko wystarczyło do zapełnienia około półtora zwoju spirali). Wsuwasz ten kawałek w szpulę i znajdujesz jego koniec na założonej na trzpień szpuli, ustalając kierunek poruszania pokrętłem (przy ćwiczeniu nie jest konieczne zakładanie na trzpień pierścienia mocującego). Pierwsze ćwiczenia przeprowadza się z otwartymi oczyma, potem z zamkniętymi, po dojściu do wprawy przeprowadza próbę w ciemności. Można to połączyć z nauką zakładania błon na szpule i wkładania ich do koreksu, choć wtedy zdecydowanie należy ćwiczyć z zaświetloną błoną zbliżoną długością do typowej, a także zakładać na trzpień pierścień mocujący. Co prawda przy poruszaniu błony poprzez kręcenie pokrętłem teoretycznie ów pierścień nie jest w stu procentach konieczny (szpule utrzymuje w dolnym położeniu na tulei siła grawitacji), ale "strzeżonego, Pan Bóg strzeże". Fereby |
Sprzęt: E-TTL
Date: Tue, 16 Oct 2001 16:05:50 +0200
|
Sprzęt: Podstawowe wiadomości o lampach błyskowych
From: "Zbigniew Nowakowski"
|
Sprzęt: Zakup aparatu - porada Marcina
Autor:Marcin Fal (fal+b7.pl)
|
Sprzęt: Zakup aparatu - porada Pepe
Date: Tue, 15 Jan 2002 14:35:13 +0100
|
Sprzęt: Tair - opis konstrukcji
From: "Bogdan" |
Sprzęt: Tessar
Date: Mon, 1 Oct 2001 15:18:23 +0200 |
Sprzęt: Ewolucja vs koszty
Autor:Dizel (watteau+box43.gnet.pl) |
Sprzęt: Velbon CX444
Kiedys mnie naszlo i wyslalem naliste posta jak nizej. |
Sprzęt: |
Technika fotograficzna i porady: Fotografowanie w tłumie
From: Tomasz Holdowanski
|
Technika fotograficzna i porady: Poruszenie przy różnych ogniskowych
|
Technika fotograficzna i porady: Krótki przewodnik po fotografii ulicznej
Mason Resnick - Krótki przewodnik po fotografii ulicznej |
Technika fotograficzna i porady: Skalowanie
From: Janko Muzykant Pozwalam sobie zamieścić tekścik o przeskalowywaniu zdjęć mojej skromnej |
Technika fotograficzna i porady: Tabela naświetleń
Po czym poznać doświadczenie fotografa:
http://www.fredparker.com/ultexp1.htm (eng)
From: "Marek Lewandowski" Jest jeden problem - Sunny16 to wymyślili Amerykanie i to ci, co mają http://pl.wikipedia.org/wiki/Grafika:Tabela_naswietlan_d.jpg |
Technika fotograficzna i porady: EV
Exposure Value - wartość ekspozycji jest jednostką pozwalającą nam |
Materiały fotograficzne: GOST-ASA-DIN
GOST ASA DIN
|
Materiały fotograficzne: Proces E-6
From: "eMeL"
www.bonavolta.ch/hobby/en/photo/e6.htm davidrichert.com/e-6_slide_film.htm www.photo.net/bboard/q-and-a.tcl?topic_id=1822&category=Color+slide From: Jakub Roguski 1. grzanie koreksu z filmem - 38C+/-0,3 (lub 39C dla procesorów typu JOBO) - E-6 krok po kroku
|
Materiały fotograficzne: Prześwietlanie filmów na lotniskach
Date: Fri, 29 Mar 2002 10:06:02 -0500 |
Materiały fotograficzne: Czyszczenie filmów
From: Michal Dudziak
|
Materiały fotograficzne: Crossowanie
Autor:Lolek (fotolek+polbox.com)
|
Materiały fotograficzne: Provia 400f
|
Fotografia czarno-biała: Fomapan 100 i 200 w Xtolu 1+3 From: "Fereby" <ferebyWYTNIJTO@poczta.onet.pl>
Obie błony wywoływano w tym samym koreksie, |
Fotografia czarno-biała: Xtol i W-1 From: "Fereby" <ferebyWYTNIJTO@poczta.onet.pl> Jakiś czas temu przetestowałem wreszcie pod powiększalnikiem |
Fotografia czarno-biała: "Naświetlaj na cienie, wywołuj na światła" Ostatnio znowu zadano mi pytanie co tak właściwie znaczy powiedzenie "naświetlaj na cienie, wywołuj na światła". O ile łatwo wytłumaczyć jak to zrobić, o tyle trudniej wyjaśnić początkującemu po co to robić. Spróbuję więc wytłumaczyć to jak najprzystępniej na prostym przykładnie. Oczywiście użyję w celu dość mocnych uproszczeń, ale mam nadzieję że doświadczeni fotoamatorzy mi to darują. Gdy fotografujemy na materiałach srebrowych naszym założeniem jest by to co było ciemne, było takim na odbitce, a to co było jasne, takie też wyszło. Oczywiście na negatywie, jak sam nazwa wskazuje będzie odwrotnie - ciemne przedmioty naświetlą słabo i negatyw będzie bardziej przeźroczysty, jasne przedmioty naświetlą obficiej i negatyw będzie ciemniejszy. Dokładne odwzorowanie tego oddaje krzywa charakterystyczna, która pokazuje nam jak naświetlenie wpłynie na gęstość negatywu. Zaletą fotografii czarno-białej jest to, że mamy pewien wpływ na to odwzorowanie - mogąc regulować kontrast czasem naświetlania. Producenci materiałów często w dokumentacjach filmów umieszczają takie charakterystyki. Spójrzmy na jedną z nich: Możemy tu zauważyć ważną rzecz - zmiana czasu wywoływania nie przesuwa nam charakterystyki, lecz tylko zmienia jej nachylenie. Możemy więc w uproszczeniu przyjąć, że zmiana gęstości negatywu daje się regulować procentowo, a zmiany bezwzględne są większe w partiach jasnych (większe odległości między krzywymi) i mniejsze w ciemnych (krzywe są blisko siebie). Z taką wiedzą możemy przeprowadzić eksperyment myślowy i zastanowić się co będzie gdy będziemy chcieli sfotografować dwa przedmioty o różnych jasnościach. Niech jeden z nich będzie na tyle ciemny by dać nam na negatywie zaczernienie 10%, zaś drugi jaśniejszy 60% (takie wartości często spotkamy fotografując w rzeczywistości - np. dziewczynę o ciemnych włosach lub las na tle nieba). Jeżeli teraz skrócimy wywołanie tak by jego gęstość osiągnęła tylko 70% standardowej, to gęstości naszych obiektów zmienią nam się następująco: ciemny - 10%*70%=7%, jasny 60%*70%=42%. Jeżeli zaś wydłużymy czas by gęstość osiągnęła 140% standardowej, to otrzymamy: ciemny 10%*140%=14%, jasny 60%*140%=84%. Już z tych wyliczeń widać że zmiana dla ciemnego obiektu nie jest taka duża, jak zmiana dla obiektu jasnego. Dla wspomożenia wyobraźni dodajmy do tego rysunek jak by to wyglądało na odbitce: Górny pasek to skrócone wywołanie (mniej kryty negatyw da ciemniejszą odbitkę), a dolny to wydłużone wywołanie (gęściejszy negatyw da jaśniejszą odbitkę). Kropki oznaczają położenie punktów o takiej samej gęstości: żółta to 10%, czerwona to 60%. Widać też że nad środkową żółtą kropką negatyw ze skróconym wywołaniem da ciemniejszy obraz (7% zamiast 10%), a pod nią przy dłuższym wywołaniu obraz będzie jaśniejszy (14% zamiast 10%). Analogicznie dla jasnego obiektu. Widać tutaj wyraźnie to, co wynikało z krzywych charakterystycznych - ciemny detal mimo innego wywołania nadal jest ciemny. Gdybyśmy ten fragment wycięli i oglądali bez porównania z drugim moglibyśmy przeoczyć różnicę. Jasny detal zmienił się o wiele wyraźniej - gdyby to była skóra modelki, to mielibyśmy różnicę między mulatką, a bladolicą panną unikającą słońca. Czas na wnioski praktyczne. Gdy naświetlimy nasz negatyw, a potem chcemy zmienić jego kontrastowość - praktyczne zmiany będziemy mieli tylko w partiach jasnych (światłach). Zaś to co naświetliliśmy ciemnego takie już zostanie (cienie). Gdy więc popełnimy błąd i coś co było ciemne naświetlimy bardzo ciemno - zazwyczaj już tego nie uratujemy. W odwrotnej sytuacji gdy coś jasnego naświetlimy zbyt jasno, nadal możemy skrócić czas wywołania i "sprowadzić" jasność obiektu na swoje miejsce. Dlatego obiekty ciemne musimy od razu naświetlać bardzo starannie, zaś jasne możemy później skorygować wywołaniem. Pamiętajmy jednak że cienie także zmieniają swoje położenie wraz ze zmianą czasu wywoływania - bardzo często będzie to zmiana mała, czasami jednak może mieć istotne znaczenie. Przykład polowy: chcemy naświetlić las na tle nieba pokrytego cirrusami (to te wysokie wzorzyste mgiełki). Wybieramy dwa skrajne punkty - ciemne pnie drzew i jasne niebo. Pomiar pni pokazuje nam -6EV, pomiar nieba +4EV. Jeśli jednak tak naświetlimy, to wprawdzie niebo wyjdzie ładnie, ale za to pnie będą zbyt ciemne. Jeśli postanowimy uratować pnie i naświetlić je na -4EV, to wtedy niebo będzie miało +6EV co oznacza że stanie się białą plamą. Ponieważ wiemy już co jest ważne, decydujemy się na drugie rozwiązanie i naświetlamy tak by zachować szczegóły ciemnych obiektów. W procesie wywoływania negatywu skrócimy odrobinę czas wywoływania, w wyniku czego jasne partie obrazu wyjdą ciemniej i zachowają fakturę chmur - wilk syty i owca cała. Ponieważ przy skróconym wywołaniu również cienie się odrobinę obniżą powinniśmy naświetlać pnie drzew nie na -4 EV ale na przykład na -3.5 EV. Wtedy po wywołaniu pnie drzew obniżą się o 0.5 EV do poziomu odpowiadającego -4EV w normalnym wywołaniu, a niebo o 2 EV do poziomu +4EV - zgodnie z zasadą że światła reagują mocniej. Ale nawet gdybyśmy tej poprawki nie uwzględnili to i tak otrzymamy poprawną odbitkę (co najwyżej kosztem trochę dłuższego czasu naświetlania odbitki). Wartości podane w tym przykładzie są orientacyjne - rzeczywiste wartości które musisz stosować poznasz testując swój negatyw (a dokładnie parę: negatyw+wywoływacz). W niezbyt dobrej sytuacji są fotografujący na filmach małoobrazkowych - nie mogą oni sobie wywoływać każdej klatki osobno dobierając czas wywoływania do kontrastu sceny. W takiej sytuacji powinni wywoływać film według najbardziej kontrastowej sceny. Brakujący kontrast zawsze można podwyższyć twardszą gradacją papieru lub przez techniki specjalne. Ale za to nie będziemy mieli sytuacji, gdy światła w wyniku przedłużonego wywoływania osiągną maksymalne zaczernienie negatywu (Dmax) i zaczną tracić szczegóły. Można by więc zmodyfikować omawianą zasadę do postaci "naświetlaj na cienie, wywołuj na najwyższe światła". |
Fotografia czarno-biała: Ciemnia pozytywowa - drobne porady Od “płachty” do powiększenia Gradacje Bardzo Miękkie Miękkie Specjalne Wartości dla papierów 10 i 20 są przybliżone, co w praktyce ma małe znaczenie - wiele światłomierzy ciemniowych może nie być w stanie zmierzyć tak subtelnych różnic zaczernienia. Dla ułatwienia 150 i 200, czyli 1:50 i 1:100, zaokrąglono do wielokrotności dwójki 1:48 i 1:96 - czteroprocentowa różnica ma i tak praktycznie nieistotne znaczenie (niedokładności światłomierza i w ustalaniu gradacji papieru). 80 to 1:6.4 ale i tu różnica wynosi mniej niż 10%. Jak nietrudno zauważyć, dla kontrastu 1:8 negatywu z przykładu odpowiednia będzie gradacja oznaczona “R 90” (np. gradacja normalna AGFA Brovira). Skala powyższa dotyczy wywołania dogłębnego w wywoływaczu o normalnej kontrastowości. W innym przypadku rzeczywista gradacja może różnić się od nominalnej. I tak: · Wywoływacz miękki, względnie kontrastowy, zmienia gradację papieru (odpowiednio na miększą i twardszą). · Wywoływacz “wyrównawczy” (np. dwuroztworowy) pozwala na jej zmianę w dość szerokim zakresie. Wedle AGFY wywoływaczy takich nie można stosować względem papierów zmiennogradacyjnych. · Wywołanie powierzchniowe praktycznie obniża kontrastowość papieru (ale efekt jest odmienny niż na dogłębnie wywołanym papierze o miększej gradacji). · Przedłużone wywołanie z reguły również obniża kontrastowość papieru (dopóki nie wystąpi zszarzenie świateł, w ograniczonym stopniu - potem już dość poważnie). · Niewielkie zaświetlenie zmiękcza gradację papieru. · Kąpiel naświetlonego papieru w 0,5% wodnym roztworze dwuchromianu potasowego obniża kontrastowość papieru (zjawisko Sterry'ego). · Papiery przeterminowane niekiedy miewają miększą gradację niż pierwotna. · Ponowne naświetlenie częściowo wywołanego, nieutrwalonego pozytywu praktycznie zmniejsza jego kontrastowość (efekt będzie inny niż przy użyciu normalnie wywołanego papieru o miększej gradacji). Zjawisko to jest wykorzystywane w heliobromie - technice tonorozdzielczej. · Wysłanianie i doświetlanie pozwala dość swobodnie zwiększać i zmniejszać kontrast pozytywu. Ważną rzeczą przy pomiarze kontrastu światłomierzami ciemniowymi jest właściwa interpretacja wyników. W instrukcjach opisuje się ów pomiar niekiedy tak “ustaw czujnik na najjaśniejszym i najciemniejszym miejscu rzutowanego na maskownicę negatywu i odczytaj wynik”. Otóż takie postępowanie ma sens jeśli te najjaśniejsze i najciemniejsze punkty negatywu zawierają jakiekolwiek szczegóły! Wtedy oddanie cieni jako “najciemniejszej szarości przed czernią”, a świateł jako “najjaśniejszej szarości przed bielą” ma sens - odwzorowany zostanie “rysunek najjaśniejszych świateł i najgłębszych cieni”. Jeśli dana partia cieni jest “pusta”, a świateł kompletnie “zabita”, nie ma sensu włączać ich do pomiaru, bo prowadzi to do użycia nazbyt miękkich gradacji papieru i tym samym “rozwlekania półtonów” (mniejsza skala stopni szarości odwzorowuje ten sam środkowy fragment krzywej charakterystycznej). Skoro w cieniach i tak nie ma szczegółów, mogą być kompletnie czarne, a odblaski na szybie białe - wbrew pozorom widz potrafi zaakceptować takie fragmenty, o ile oczywiście nie są nazbyt pokaźne. A zyskana w ten sposób “twardość gradacji” czyni półtony bardziej zróżnicowanymi. Co więcej, to że szczegóły w cieniach są, nie oznacza iż musimy je obowiązkowo odwzorowywać. Przykładowo mamy portret we wnętrzu, na dobrze naświetlonej i wywołanej błonie. Na wglądówce widzimy, iż tło wyszło ostre i pełne, szczegółów, odciągając uwagę od sfotografowanej osoby. Naturalnym jest albo na tyle długie doświetlenie tła, by stało się ciemne i pozbawione szczegółów (dawni fotograficy używali do tego niekiedy latarki z małym otworkiem, czy zwężającym się kapturkiem z papieru), bądź właśnie użycie twardszej gradacji papieru, co poprawi przy okazji oddanie faktury skóry (trzeba wszak z tym uważać - wyraźniej odwzorowane mogą zostać również jej wady). Problemy z czujnikami Czujniki wielu światłomierzy w trakcie pomiaru trzeba ustawić pod właściwym kątem - pomagają w tym różnego rodzaju znaki - jeśli się tego nie uczyni, zafałszowaniu mogą ulec wyniki. Z reguły zostaną one zaniżone - na płaszczyznę czujnika ustawionego pod kątem, pada mniej promieni światła. Niedokładne włożenie kabla czujnika w gniazdko (np. niedociśnięcie wtyczki), względnie uszkodzenia izolacji kabla, również mogą prowadzić do błędów pomiaru, a w pewnych sytuacjach nawet uszkodzenia przyrządu. Zmiana żarówki w powiększalniku z “przewoltowanej” na zwykłą o tej samej mocy, może okazać się trudna wykrycia dla czujnika (ostatecznie miał służyć również do pomiarów w fotografii barwnej), co może owocować niedoświetleniami (mniejsza ilość promieni aktynicznych zwykłych żarówek). Rozwiązaniem jest zmierzenie różnicy udziału promieni żółtych (względnie czerwonych) obu źródeł światła (jak przy pomiarze dominanty negatywu barwnego), względnie wyskalowanie światłomierza przy każdym z nich (tzn. ustalenie czułości papieru przy jednej i drugiej żarówce). Pojemności kuwet Poniżej przybliżona pojemność kuwet wykorzystywanych w ciemni pozytywowej. Podano objętości przy roztworze sięgającym 1/3-1/2 wysokości ścianki. W zasadzie da się także pracować nawet przy 1/4 (głównie na papierach RC, bo FB “piją”), jednak jest to trochę niewygodne. Z kolei wywoływanie przy roztworze sięgającym powyżej 2/3 ścianki kuwety, może owocować jego wylewaniem się na boki (zwłaszcza podczas kołysania kuwetą). Nadmiar roztworu można wszakże zlać do butelki, z której za jakiś czas uzupełnimy niedostatek płynu w kuwecie. Wkładanie odbitek do wywoływacza sięgającego 1/4 ścianki kuwety nie jest trudne - wystarczy podnieść jeden bok kuwety, położyć odbitkę na dnie i opuścić kuwetę do położenia poziomego, co spowoduje równomierne zalanie odbitki wywoływaczem. Przy wywoływaczu sięgającym ponad 1/2 wysokości, lepiej z kolei sprawdza się “wsuwanie” - czyli ukośne wepchnięcie odbitki pod powierzchnię roztworu, tak jakby na brzegu kuwety znajdowała się szczelina (niczym w skrzynkach na listy). Gdyby odbitka nie zanurzyła się całkowicie, względnie po chwili wynurzył się jakiś fragment, dociska się ją cierpliwie szczypcami. W przypadku utrwalacza postępowanie jest inne i nie zależy od wysokości jakiej sięga roztwór - kładzie się odbitkę na powierzchni, obrazem w stronę dna kuwety (czyli podłożem w górę). Odbitki o podłożu barytowanym potrafią się giąć i wichrować w wywoływaczu, co owocuje wynurzaniem brzegów i rogów ponad powierzchnię roztworu - pomaga namoczenie naświetlonej odbitki w wodzie przed włożeniem do wywoływacza (tyle że trzeba wtedy nieco wydłużyć czas wywołania), a także wciskanie wystających fragmentów pod powierzchnię, aż podłoże wystarczająco nasiąknie. Emaliowane Kuweta 18x13 cm g=22,4x17,4 cm d=19,5x14,5 cm h=3,6 cm m=0,36 kg opt=250-350 ml Tworzywo sztuczne Kuweta 10x15 cm g=20,5x15,5 cm d=16,0x11,0 cm h=3,5 cm opt=150-200 ml Kuweta 18x13 cm g=25x20 cm d=18,5x13,5 cm h=5,5 cm opt=350-500 ml Kuweta 24x18 cm g=32,0x25,5 cm d=25,0x19,0 cm h=5,5 cm opt=500-750 ml Kuweta 30x24 cm g=39,0x32,0 cm d=32,5x25,5 cm h=6,0 cm m=0,6 kg opt=1000-1500 ml Kuweta 40x30 cm g=50,0x40,0 cm d=42,0x31,5 cm h=7,5 cm m=0,6-1,0 kg opt=2250-3500 ml g=wymiary górnych krawędzi d=wymiary dna h=wysokość opt=przybliżona objętość cieczy pozwalająca na wygodną pracę. Oczywiście można też pracować przy mniejs ej ilości, nawet połowie większej z liczb. Podobnie można też przy dwukrotnie większej niż mniejsza z objętości. Toteż dla kuwety 24x18 cm dopuszczalny zakres wynosił będzie ok. 400-1000 ml. Wszystko wszakże zależy od wysokości ścianek i ich nachylenia. Kuwety emaliowane mają z reguły ścianki nachylone w nieco mniejszym stopniu, niż plastikowe. Z tego względu podane wartości mają wyłącznie charakter orientacyjny. Adekwatne dla danej kuwety objętości można też wyliczyć mnożąc pole dna (w centymetrach kwadratowych) przez wysokość do jakiej płyn ma sięgać. Wyliczone wartości będą wszak nieco niższe od rzeczywistych ze względu na wspomniane nachylenie ścianek. Jego uwzględnianie w obliczeniach wymagałoby dość precyzyjnego pomiaru nachylenia i korzystania z bardziej skomplikowanego wzoru, a różnica z kuwetą "prostopadłościenną", raczej nie będzie większa niż 10% (o ile kuweta nie jest bardzo mała). Wymiary górnych krawędzi kuwet plastikowych mierzono od zewnętrznych krawędzi i mają jedynie pomóc w ustaleniu ile kuweta zajmie miejsca. To że kuweta na odbitki 24x18 cm ma “górne wymiary” ponad 30x24 cm nie oznacza że uda się w niej całkowicie zanurzyć odbitkę o formacie 30x24 cm (choć oczywiście będzie można zastosować technikę wywołania “przeciągowego”). Podano masy tylko największych kuwet (pustych). Mogą się one wahać w zależności od tworzywa i grubości ścianek. Przykładowo moja kuweta 30x24 cm waży więcej niż 30x40 cm (odpowiednio 600 g i 550 g). Problemy z kuwetami Niektóre wywoływacze zmieniają barwę podczas pracy i z chwilą wyczerpania stają się np. czerwone, a wiele przerywaczy fabrycznych zawiera indykator zmieniający kolor roztworu gdy PH staje się obojętne. Niestety w niebieskiej kuwecie wszystkie płyny będą nam się wydawały zabarwione na niebiesko i dostrzeżenie zmiany zabarwienia na niebieską, niebieskozieloną, granatową, etc. jest praktycznie niemożliwe. Barwę czerwoną, pomarańczową, żółtą, brązową można jako w kuwecie niebieskiej rozróżnić - roztwór wyda się ciemniejszy. Z kolei w kuwetach ciemnoszarych i czarnych dostrzeżenie zmiany barwy bywa bardzo utrudnione. Niejako na dodatek, czerwone światło ciemniowe bynajmniej nie ułatwia poprawnego postrzegania barw (w żółtozielonym i oliwkowym wygląda to lepiej, a lamp diodowych zdecydowanie lepiej). Sposoby na obejście tego problemu są trzy: A) Zastosowanie kuwety w barwie dopełniającej do zabarwienia indykatora - do koloru czerwonego zielona kuweta, do niebieskiego pomarańczowa, etc. Jeszcze łatwiej zabarwienie kuwety zaobserwować w kuwecie o barwie białej. B) Ustalanie przydatności roztworu nie na podstawie barwy indykatora, a choćby po prostu licząc odbitki. W takim przypadku można stosować nawet fabryczny przerywacz bez indykatora. Wbrew pozorom ułatwia to niektóre sprawy - przykładowo trudniejsze jest pomylenie roztworu wykorzystywanego do błon z tym do pozytywów. Indykator w roztworze fabrycznym sprawia iż ten ma z reguły jakąś barwę, przerywacze zaś bez indykatora są z reguły bezbarwne - w przezroczystych butelkach są więc nie do pomylenia (jeśli używać przerywacza fabrycznego do błon, a octowego do papierów, odróżnić można też po zapachu). C) Stosunkowo najskuteczniejszą metodą jest po prostu pobranie próbki z kuwety i ocena jej rzeczywistego zabarwienia w świetle białym. Pobierać i oceniać próbki można w próbówce, jednak równie dobrze da się wykorzystać do tego celu nawet plastikową miarkę do proszku do prania, względnie białą plastikową zakrętkę butelki. Zlewanie roztworów z kuwet Planując dłuższą przerwę w pracy z reguły roztwory robocze zlewa się do innych pojemników w których mają być tymczasowo przechowywane. Przy małych rozmiarach kuwety i obszernym wlewie do butelek, z reguły wszystko idzie gładko. Przy dużych i małym wlewie istotne znaczenie zdaje się mieć kształt dziobka do zlewania. Wbrew pozorom nie jest on jednak najważniejszy. Moja, skompletowana z wielu różnych źródeł (od zakupów w internecie poczynając, na grzebaniu w gratach wyrzuconych ze strychów, piwnic i rupieciarni kończąc) kolekcja kuwet, to naprawdę imponująca mieszanina różnych wzorów, krajowych i zagranicznych. Co prawda nie próbowałem jeszcze zlewania z uchodzących za kiepskie pod tym względem kuwet firmy Kaiser, ale nie sądzę by było to trudniejsze, niż w niektórych typach sprzed tych 20-30 lat, gdzie “dziobek” jest po prostu “ostrym” rogiem na styku dwu ścianek (trzy pozostałe rogi są zaokrąglone), względnie w ogóle go brak (wiele kuwet emaliowanych). Może nawet ważniejszym, a często kompletnie nie branym pod uwagę problemem jest elastyczność kuwety, bo niektóre starsze kuwety są zrobione nie z PCV, dość elastycznego plastiku. Jeśli dodać że kuwety o wymiarach od 24x30 poczynając, stają się już dosyć nieporęczne, a razem z zawartością ważą kilka kilogramów, odkształcanie może się okazać istotniejszą od niewydajnego dziobka komplikacją. Niezłym pomysłem wydaje się użycie bardzo dużego lejka - owszem, o ile butelka jest zabezpieczona przed przewróceniem. A lekką plastikową butelkę (zwłaszcza PET) można przewrócić nawet wlewając dużą ilość roztworu zbyt gwałtownie do lejka. Na szczęście istnieje kilka prostych rozwiązań. Stosunkowo najprostszym jest zlewanie roztworu z dużych, nadmiernie elastycznych, względnie obdarzonych niewygodnym dziobkiem, kuwet, nie bezpośrednio do butelki, a partiami do kuwety mniejszej, obdarzonej lepszym dziobkiem, z której łatwo zlewa się ją do butelki. Jako naczynie "pośrednie" można też wykorzystać tanie i łatwo dostępne kubełki do mieszania farb, które zresztą, po założeniu szczelnej pokrywki, zupełnie nieźle nadają się do przechowywania utrwalacza. Można także w ogóle nie zlewać płynu z kuwet, o ile zabezpieczy się go pływającą pokrywą. Funkcję tę może pełnić odpowiednio przycięta płyta z tworzywa (np. PCV), a nawet... dno innej kuwety. Można też zakryć kuwety od wierzchu kawałkami folii. Są to rozwiązania nieco gorzej chroniące przed utlenianiem roztworów, ale różnica przy normalnej pracy nie jest bynajmniej diametralna, zyskuje się zaś nieco na czasie (nie trzeba wylewać i z powrotem wlewać roztworów do kuwet). Ewentualne męty, kawałki podłoża, żelatyny, utopione muszki, etc. odfiltrować z roztworu można sączkami, wkładając w lejek zwitek waty, ewentualnie wielorazowymi filtrami sitowymi do farb - te ostatnie mogą mieć sitka o większych oczkach, niż stosowane do filtrowania kąpieli używanych w procesie negatywowym (w przeciwieństwie do negatywów, odbitek raczej się już nie powiększa). Rzeczą na którą radziły zwracać szczególną uwagę dawniejsze podręczniki fotografii było nie używanie kuwet w których uprzednio znajdował się wywoływacz do utrwalania i vice versa. Chodziło najpewniej o zapobieżenie różnym dziwnym interakcjom z osadem pochodzącym z poprzednich kąpieli. Stosunkowo najoczywistszym sposobem jest korzystanie z kuwet w różnych barwach: np. zielona na wywoływacz, biała na przerywacz z indykatorem, czerwona na utrwalacz, ewentualnie w odwrotnej kolejności (jak w światłach). Jeśli nie korzystamy z wywoływacza z indykatorem, ewentualne określamy barwę tego roztworu pobierając próbki, kolory kuwet nie mają znaczenia, można więc: · na wywoływacz przeznaczyć kuwetę zieloną (początek procesu/zielone światło), czarną, bądź szarą (wywoływacz czarno-biały). · na przerywacz, żółtą, pomarańczową (żółte światło), białą, niebieską, fioletową (woda - dawniej zamiast przerywaczy), · na utrwalacz czerwoną (zatrzymanie procesu/czerwone światło). To oczywiście tylko dość dowolne przykłady - każdy może dopasować inne kolory do własnych skojarzeń. Kuwety w takich samych kolorach można oznaczyć nalepkami, a nawet opisać wodoodpornym markerem. Czyszczenie kuwet Lekko zanieczyszczone kuwety z PCV, emaliowane i ze stali nierdzewnej, można myć nawet płynem do mycia naczyń, wspierając się w razie czego szczotką. Dobrze sprawdza się też proszek do czyszczenia zlewów, którego mokrą warstwę można w razie potrzeby pozostawić na dnie kuwety na kilka godzin (potem wypłukać dokładnie resztki proszku). Osad z utrwalacza usuwa się roztworem ługu sodowego, a z wywoływacza kwasu solnego, rzadziej octowego. Do osadów zasadowych dobrze sprawdza się również mieszanina w składzie: woda 500 ml dwuchromian potasu 25 g kwas siarkowy 20 ml Po powyższym specyfiku, względnie kwasie, czy ługu kuwetę trzeba dokładnie wypłukać wodą. Nie muszę oczywiście przypominać, że kwas zawsze wlewa się do wody - postępowanie odwrotne prowadzi do “gotowania się” mieszaniny i wychlapywania jej na zewnątrz. Tyle co do czyszczenia kuwet normalnie zanieczyszczonych. Kiedyś w rupieciarni znalazłem kuwetę brudną jak nieszczęście, do której ktoś prawdopodobnie spuszczał olej z silnika. Potraktowałem to w kategoriach wyzwania. Najpierw kuwetę odtłuszczałem rozpuszczalnikiem. Potem przyszedł czas na proszek do czyszczenia (“wybielanie” mokrą warstwą), a następnie żel do usuwania zatorów w rurach PCV (na bazie ługu sodowego), na koniec użyłem wodnego roztworu kwasu solnego (oczywiście po każdym kolejnym specyfiku kuweta była dokładnie płukana wodą). Efekt był na tyle dobry, że wbrew początkowemu założeniu, uznałem iż będę używał tej kuwety do wywołania papierów i służy mi do dziś. Przy czyszczeniu kuwet różnymi żrącymi substancjami, bardzo rozsądnie jest zabezpieczyć skórę rąk i ubranie. Kwasoodporne rękawice można nabyć w sklepach z odzieżą ochronną i innymi artykułami BHP. Ubranie zabezpiecza się fartuchem, ewentualnie zakłada takie, na wypalenie dziur w którym możemy sobie pozwolić. Po pracy należy dokładnie wymyć ręce - zabrudzona kwasem skóra zaczyna po jakimś czasie piec, ług potrafi działać “bezbólowo”, a jego obecność na dłoniach zauważa się niekiedy dopiero gdy człowiek łapie za coś i konstatuje że ma coś nazbyt śliskie ręce (spalony naskórek). Względem płynów do mycia naczyń, żeli oraz proszków do urządzeń sanitarnych, należy się stosować do zaleceń producenta. Rękawice też nie zawadzą, ale mogą być zwykłe kuchenne, o ile rzecz jasna środek nie zawiera silnych kwasów i zasad. Nietypowy, acz przydatny sprzęt pomocniczy Większość podręczników i poradników wylicza cały katalog absolutnie niezbędnego sprzętu ciemniowego, nadto jeszcze szerszy katalog wyposażenia mniej niezbędnego. Niestety, niesłychanie rzadko wymieniane są akcesoria, choć nie będące sprzętem ciemniowym, ogromnie ułatwiające pracę, względnie zapewniające odrobinę komfortu w trakcie wielogodzinnego pobytu w ciemni. Na szczęście łatwo samemu dojść jakie rzeczy będą nam w ciemni dodatkowo potrzebne, a zakup nie sprawia trudności - większość potrzebnych akcesoriów jest tania, nie wymagając przy tym specjalnie długiego chodzenia po sklepach. Podręczniki często zalecają korzystanie w ciemni z zeszytu, niekiedy także szkicownika. Szkopuł w tym, że pisać i rysować trzeba mieć nie tylko w czymś, ale i czymś oraz na czymś, a także to coś do pisania w czymś trzymać. Ogólnie lepiej do pisania w używanych w ciemni brudnopisach, nadają się długopisy, niż pióra, ołówki, flamastry, cienkopisy. Przede wszystkim długopisy dłużej wysychają, trudniej też nimi się zabrudzić w razie przypadkowego uchwycenia w niewłaściwym miejscu. Stosowany w typowym długopisie tusz wykazuje także dużą odporność na kąpiele fotograficzne, sporządzony atramentem na odwrocie odbitki opis, po przejściu przez wywoływacz, przerywacz i utrwalacz, będzie albo nieczytelny, albo kompletnie zniknie. To samo dotyczy cienkopisów i flamastrów wodnych, na szczęście istnieją też odporne na działanie wody i te nawet nieźle sprawdzają się przy opisywaniu tyłów odbitek, będąc nawet czytelniejszymi od długopisów. Ślady ołówka co prawda pozostają nienaruszone na wywołanych odbitkach, ale bywają trudne do dostrzeżenia, gdy odbitka jest mokra. Rysunki ołówkiem w słabym świetle ciemniowym w ogóle mogą być ledwie widoczne, więc jeśli masz zamiar używać ołówka do rysowania np. planów wysłaniania, pokombinuj w razie potrzeby z różnymi twardościami i mniej i bardziej zaostrzonymi grafitami. Pióra nadają się za to świetnie do pisania w czystopisach - jakby mobilizują do czytelniejszego pisania, a atrament jest łatwiejszy do wywabienia w razie błędu. Tusz długopisu, względnie flamastra używanego do pisania w warunkach ciemniowych powinien mieć barwę niebieską lub czarną - czerwony, fioletowy, zielony etc., może okazać się trudny do dostrzeżenia w świetle ciemniowym. W związku z tym, że wypadniętą sprężynkę, trudno byłoby znaleźć, wkłady należy wymieniać poza ciemnią, ewentualnie korzystać z długopisów jednorazowych, względnie takich “na zakrętkę” (zakrętkę jakby łatwiej znaleźć niż sprężynkę). Przybory do pisania, nożyczki, itp., najlepiej trzymać w przyborniku - wszystko jest pod ręką i nie trwoni się czasu na kombinowanie gdzie odłożyło się długopis. Poziomy przybornik zajmuje więcej miejsca, ale jest stabilniejszy, zaś pionowy (kubeczek) wymaga mniej miejsca, jednak jest łatwiejszy do przewrócenia. W przeciwieństwie do rękawów ciemniowych, w ciemni pozytywowej lepiej sprawdzają się nożyczki z końcami zaostrzonymi - łatwiej nimi dobrać się do taśm którymi zabezpieczane są pudełka z papierem światłoczułym. Dawniej do przycinania brzegów powiększeń używano skalpela, można go zastąpić tanim, łatwym do kupienia, nie wymagającym ostrzenia nożem do tapet, który, gdy nie jest nam aktualnie potrzebny, wsuwa się po prostu w plastikową rączkę. Do rysowania prostych, bardzo przydatna jest linijka. Jeśli jednak chcemy używać jej również jako prowadnicy przy przycinaniu papieru światłoczułego, powinna być dość masywna i maksymalnie sztywna. Pisanie w zeszycie umieszczonym na podstawie powiększalnika, kolanach, oparciu krzesła, nie jest wygodne. Na szczęście istnieją specjalne deseczki do pisania z zaciskami sprężynowymi i kosztują na ogół mniej niż 10 PLN. Dysponując czymś takim, można robić notatki nawet stojąc nad kuwetami. Niestety, niesłychanie wygodne wkłady do segregatora wykazują ograniczoną przydatność, ponieważ łatwo je rozsypać, czy też zawieruszyć jakąś kartkę. Zatrzask sprężynowy deseczki rozwiązuje jednak i tę niedogodność. Śledzenie upływających godzin, ułatwi średniej wielkości zegar elektryczny, zawieszony na ścianie. Następujący, dokładnie co sekundę dźwięk towarzyszący ruchowi wskazówki, może być w niektórych wypadkach niezwykle pomocny (wielu dawnych fotografów w ten sposób odmierzało czas naświetlania pozytywów). Odrobinę rozrywki zapewnia radio. Można zresztą połączyć jedno z drugim, decydując się na radiobudzik (wyświetlacze wielu modeli funkcjonują w oparciu o czerwone diody, dość bezpieczne dla papierów światłoczułych). Sporym ułatwieniem w pracy jest krzesło obrotowe, którego nóżki wyposażone są w kółka. Dodatkową zaletą jest, iż dość często tego rodzaju meble pozwalają wyregulować wysokość oparcia oraz siedzenia. Ścinki pozostałe po przycinaniu powiększeń, fragmenty taśm usuniętych z pudełek zawierających papier światłoczuły, itp. wygodnie jest wyrzucać do kubła - z reguły wystarcza nawet najmniejszy. Żeby łatwiej pozbywać się zawartości, do środka można włożyć plastikowy worek. W razie braku kubła, odpadki można wrzucać do takiego właśnie worka, o ile oczywista zamocować go jakoś, by nie latał przy niewielkim nawet ruchu powietrza. Jeśli dysponujemy w ciemni zlewozmywakiem, warto obok umieścić haczyk na ręczniki i mydelniczkę, ew. pojemnik z mydłem w płynie. Jeśli nie mamy bieżącej wody, rozsądnie jest umieścić wiaderko z wodą i miednicę - wycieranie zabrudzonych kąpielami fotograficznym rąk w ubranie, a tym bardziej pozostawianie do wyschnięcia, utrudnia uzyskanie dobrych wyników (na papierze światłoczułym zabrudzone utrwalaczem palce pozostawiają wyraźne, niemożliwe do usunięcia, białe odciski), może być także powodem uszczerbku na zdrowiu. W ciemni dobrze sprawdzają się ręczniki papierowe, w wilgotnej atmosferze nie pleśnieją tak jak płócienne, a na dodatek można nimi wycierać rozlane płyny. Jeśli jednak się na nie zdecydujesz, niezbędny jest uchwyt, względnie stojak - można go zrobić samemu, albo kupić. Pionowe stojaki mają tę wadę, że łatwo je wywrócić, poziome uchwyty, że trzeba umieścić dodatkowy kołek w ścianie i nie można ich łatwo przemieszczać w miejsce rozlania wywoływacza. Teoretycznie najlepsze byłyby krany takie jak w szpitalach i zakładach produkujących żywność, uruchamiane łokciem, bądź pedałem, co umożliwiałoby otwieranie i zakręcanie wody bez dotykania kurków i przenoszenia tym sposobem resztek kąpieli fotograficznych na, co dopiero umyte, ręce. W praktyce jednak nie jest to w stu procentach konieczne - wystarczy starannie wycierać ręce, oraz co jakiś czas czyścić kurki. Kwestię nagłych potrzeb fizjologicznych, można zupełnie nieźle rozwiązać przy pomocy najzwyklejszego w świecie nocnika. Jeśli ktoś dysponuje stałą ciemnią i uważa że potrzebuje więcej komfortu, można zdecydować się na przenośną ubikację chemiczną. W obu wypadkach lepiej nie zapominać o papierze toaletowym, chyba że planujemy tylko “małe potrzeby”. Najprostsza szmata do wycierania odda nam nieocenione usługi, gdy coś się rozleje. Zresztą lista rzeczy, niekoniecznie niezbędnych, a które mogą się w ciemni przydać, jest długa. Prawdę mówiąc, można mieć nawet lustro, jeśli tylko uznamy że jest nam przydatne choćby do uczesania się po pracy - raczej nie spowoduje żadnych zaświetleń (przytoczona wyżej zasada spadku natężenia światła wraz ze wzrostem odległości, obowiązuje i tu). Jeśli ktoś ma zamiar często przechodzić z ciemni do bardzo jasno oświetlonego pomieszczenia, względnie na dwór, wygodnie jest zakładać ciemne okulary. Osobiście, mimo zaleceń podręczników fotografii, nie stosuję ich - zanim dojdę do jakiegokolwiek jasno oświetlonego pomieszczenia, muszę przebyć kilkanaście metrów korytarza oświetlonego żarówkami 25 W i niewiele lepiej oświetlonych schodów - wzrok ma mnóstwo czasu na adaptację. Zapalając 150 W żarówkę oświetlającą moją ciemnię, w okresach gdy jest siłownią, względnie warsztatem, po prostu zamykam na chwilę oczy. Fereby |
Fotografia czarno-biała: Fomadon LQN
Fomadon LQN, jest wywoływaczem fenidonowo-hydrochnonowym do błon negatywowych, pracującym normalnie (odmiana kontrastowa nosi nazwę "Fomadon LQR"). Konfekcjonowany jest w butelkach 250 ml zawierających stężony roztwór zapasowy. Roztwory robocze Producent zaleca rozcieńczać roztwór zapasowy z butelki w stosunku 1+10, bądź 1+14. Wedle etykiety na opakowaniu rozcieńczenie 1+10 miałoby służyć do materiałów o czułościach 100-400 ISO, a 1+14 jest desygnowane do błon 100-200 ISO. Dokumentacja producenta podaje wszakże czas wywołania Fomapan 400 "Action" również w "Fomadonie LQN" 1+14. Rozcieńczenie 1+14 działa bardziej wyrównawczo, a równocześnie pozwala uzyskać wyższe współczynniki kontrastowości obrabianych w nim błon niż 1+10. Opakowanie 250 ml wystarcza do wywołania co najmniej 30 błon płaskich 13x18 cm, bądź 12 błon zwojowych, czy małoobrazkowych. W litrze roztworu roboczego wywołać można co najmniej 5 błon typu 120 lub 135 (w 660 ml - 3 takie błony). Minimalna ilość roztworu zapasowego pozwalająca wywołać błonę zwojową bądź małoobrazkową to około 20 ml, co daje 220, bądź 300 ml roztworu roboczego. Są to ilości wystarczające do pracy w koreksach czechosłowackich, ewentualnie polskich "Plastic", czy niemieckich "Rodinaxach" (oraz ich kopiach) bądź "Patersonach". Większość koreksów (w tym też nowe modele), wymaga większej ilości roztworu do pokrycia pojedynczej błony, toteż pozostaje albo wywołanie większej ilości błon w kilku koreksach za jednym razem, bądź eksperymenty z innymi rozcieńczeniami. Osobiście stosuję to pierwsze rozwiązanie, ponieważ i tak korzystam z paru różnych typów błon równocześnie. Trwałość Wedle producenta roztwory robocze 1+10 i 1+14 są w stanie przetrzymać bez istotnej zmiany właściwości od 2 do 3 godzin. Roztwór zapasowy w fabrycznie zamkniętym opakowaniu, wytrzymuje co najmniej rok. Co do opakowania już otwartego, jesteśmy zmuszeni zdać się na dość enigmatyczne, iż trwałość znajdującego się w nim wywoływacza "bardzo wyraźnie się zmniejsza". Wedle moich doświadczeń roztwór zapasowy wywoływacza w takiej napoczętej buteleczce, jeśli tylko starannie wyciskać powietrze, może przetrwać nawet 6 miesięcy. Jego zżółknięcie nie świadczy z reguły o niezdolności do pracy. Ze względu na to, że 250 ml buteleczki Fomy po otwarciu czasem nie dają się wyciskać, dobrze jest dysponować "gazem obojętnym w spreju". Roztwór o barwie cytrynowej, a także jasnożółtej, ma w praktyce niezmienione właściwości. Natomiast kolor "bardzo mocnej herbaty" (brązowy) oznacza iż wywoływacz ma ograniczoną przydatność - co prawda nadal można w nim wywoływać, ale wydłużeniu ulegną czasy, pełnej zaś wydajności z litra raczej nie uda się uzyskać. Przykładowo błona Fomapan 100 wywoływana w prawie ciemnobrązowym już roztworze 1+14, w 22 stopniach, przez 11 minut, była lekko niedowołana, mimo wydłużenia czasu o minutę i podniesienia temperatury o 2 stopnie. Nawet wywoływacz o barwie brązowej pracuje czysto, aż do zupełnego wyczerpania (to nagminna cecha wywoływaczy fenidonowych). Praca Roztwór zapasowy z reguły rozcieńczam przefiltrowaną wodą z kranu, bądź odstaną. Przez pierwsze kilka wywołań stosowałem wyłącznie (tanią) wodę zdemineralizowaną, ale po jakimś czasie zrezygnowałem z tego (negatywy praktycznie niczym się nie różniły). Z bliżej nieokreślonych przyczyn wywoływacz ten ma w naszym kraju dość kiepską opinię, rzekomo nadaje się wyłącznie do błon średniego formatu, ze względu na "ogromne ziarno". U Czechów oceny są zdecydowanie lepsze - twierdzą oni że Fomadon LQN pozwala uzyskać dość ostre ziarno, mniejsze niż Fomadon R-09. (Nawiasem mówiąc, z kolei Czesi mają kiepskie zdanie o W-17, choć najpewniej niewielu go używało). Moje doświadczenia z różnymi błonami, zdają się to potwierdzać. Zarówno Ilford PAN 100, Ilford Delta 400, jak Ilford FP4+, wywołane w Fomadonie LQN 1+14 charakteryzują się większym, acz podobnie wyraźnym ziarnem jak ich odpowiedniki obrobione w W-17. Tak po prawdzie, jeśli idzie o Kodaka Academy 200 wywołanego w "Hydrofenie" oraz Fomadonie LQN 1+10, bardziej podoba mi się większe ziarno tego drugiego, ale to już wyłącznie kwestia gustu. Fomadon LQN 1+14 ma lepsze właściwości wyrównawcze względem motywów o dużym kontraście, niż W-17 1+1. Z kolei W-17 1+1 lepiej wyrównuje motywy o niewielkiej kontrastowości. Fomadon LQN działa mniej energicznie i nie przewołuje w podobnie dramatyczny sposób, jak "Hydrofen". Błony Fomapan T 200 i Ilford Delta 400, sprawiające, w przypadku wywołania w W-17, pewne problemy ze skopiowaniem klatek zawierających co bardziej kontrastowe motywy (np. sceny uliczne w pełnym słońcu - kontrast około 1:250) nawet na gradację miękką Fomy, jeśli wywołać je w Fomadonie LQN 1+14 wychodzą bardziej miękko, choć z wyrównawczym działaniem A-49 1+3, względnie R-09 1+200 trudno nawet porównywać. Z kolei wywołane w "Hydrofenie", pozwalają skopiować motywy mało kontrastowe (pejzaż śnieżny, w dzień pochmurny - kontrast 1:4, a czasem mniejszy), na gradacji twardej Fomy - z błoną wołaną w Fomadonie LQN mogą być z tym problemy, nawet w przypadku połączenia gradacji twardej z wywoływaczem kontrastowym. To że Fomadon LQN działa właśnie w ten sposób nie powinno dziwić - od motywów niekontrastowych jest Fomadon LQR. Toteż jeśli ktoś planuje korzystać Fomadonu LQN, a fotografuje również motywy o małym kontraście (mgła, odległe widoki, śnieg w pochmurny dzień), powinien względem błon zawierających owe motywy, stosować ten wywoływacz w rozcieńczeniu 1+10, a jeszcze lepiej postarać się o wywoływacz bardziej kontrastowy. Ze względu na trudności z nabyciem Fomadonu LQR, sensowniej będzie chyba skorzystać z łatwiej dostępnego W-17 "Hydrofen", na dodatek dającego negatywy o mniejszym ziarnie i którego tabela czasów wywołania jest zdecydowanie obszerniejsza niż Fomadonu LQR. Hydrofen i Fomadon LQN zupełnie nieźle się uzupełniają, a ze względu na cenę i trwałość są nienajgorsze jako pierwsze wywoływacze dla początkujących. Co prawda ani w W-17 (wzrost kontrastu i zadymienia), ani w Fomadonie LQN (znaczny wzrost ziarna) nie można specjalnie forsować, ale to dla wywołującego pierwsze błony fotoamatora akurat nie ma istotnego znaczenia. Czasy Rozcieńczenie 1+10 20 stopni Celsjusza, poruszanie: Internet Błona wywołana przez 7 minut, przy poruszaniu przez pierwszą minutę i potem co minutę przez 10 sekund jest wyraźnie niedowołana. Błona wywoływana przez 8 minut przy analogicznym poruszaniu, jest miękka, przy osiągnięciu czułości nominalnej. Motywy o kontraście 1:250 dają się kopiować na gradacji normalnej Fomy. W przypadku wszakże użycia filtra ciemnożółtego, żółtopomarańczowego, czerwonego, słoneczny krajobraz o pierwotnym kontraście 1:120 trzeba kopiować na gradacji twardej Fomy wywołanej kontrastowo (w W-14, 2M-PK, itp.). Ziarno jest nieco większe niż w W-17 Hydrofen, ale trochę mniej ostre i ładniejsze. Z tej przyczyny osobiście zalecałbym: Kodak Academy 200: 8-10 minut 20 stopni Celsjusza, poruszanie: Ilford Pan 400 - 10 min. 20 stopni Celsjusza, poruszanie: Wywołana w ten sposób błona, wygląda zupełnie nieźle i równie nieźle się kopiuje. Czułość podniesiona o około 2 stopnie DIN. Ziarno jest spore, ale bez trudu można uzyskać bezziarniste ośmiokrotne powiększenie wycinkowe 9x13 cm (więcej wtedy nie robiłem - brak pierścienia wgłębnego). Tak w ogóle to moje doświadczenia z tą błoną w tym wywoływaczu ograniczają się do naświetlenia tablicy testowej i paru motywów na próbce, jej wywołania, pomiaru kontrastowości negatywu, wykonania kilku testowych odbitek. Dlatego ewentualnym użytkownikom radziłbym uprzednie przeprowadzenie prób. Fuji Acros 100: 9-11 minut Rozcieńczenie 1+14 Błona wywołana 9-10 minut przypomina Fomapan 100 przy tym samym czasie. 11 minut sprawdza się przy niewielkim kontraście motywów. Ziarno jest podobne do Fomapan 100 w Fomadonie LQN, czyli da się uzyskać co najmniej dziesięciokrotne liniowo bezziarniste powiększenie z całej klatki. Powiększenie wycinkowe 16x na format 9x13 wykazuje duże, nieco niewyraźne ziarno o dość przyjemnym wyglądzie. Ilford FP4+: 10-12 minut Ziarno jest nieco mniejsze niż Ilford Pan 100 oraz Fomapan 100. Ilford Delta 400: 10-12 minut Ziarno jest zbliżone do T 200 i dość ładne, choć moim zdaniem trochę mniej jak błon z serii Delta w W-17, ale to już kwestia gustu. Fuji Acros 100: 12-14 minut Papiery Fomadon LQN można stosować również do wywołania papierów. Oczywiście rozcieńczenia stosowane do błon dawałyby obrazy kompletnie szare, przy bardzo długim czasie wywołania, dlatego roztwór zapasowy należy rozcieńczać w mniejszym stopniu: 1+1 do 1+5. Rozcieńczenie 1+3 ma podobne właściwości jak Fomatol LQN (czas wywołania, barwa strątu). Oczywiście wydajność jest zdecydowanie mniejsza, najpewniej nieco ponad 50 odbitek 9x13 cm (RC) z opakowania 250 ml. Dlatego też stosowanie Fomadonu LQN w roli wywoływacza pozytywowego jest nieopłacalne i zalecane wyłącznie w sytuacjach awaryjnych. Bardziej rozcieńczony Fomadon LQN można również zastosować w parze z Fomatolem LQN 1+4 przy wywołaniu dwuroztworowym. Rozcieńczenie Fomadonu LQN powinno wynosić co najmniej 1+10, ale osobiście stosowałem 1+21. Spadek czułości papierów był dość poważny - przy przysłonie F-18 obiektywu Belar niezbędne były niekiedy czasy ekspozycji nawet ponad 5 minut! Pierwsze wywołanie trwało z reguły kilka minut (do ukazania się szczegółów w światłach), drugie w Fomatolu LQN 1+4 od kilkunastu sekund do pół minuty. Oczywiście wydajność pierwszego wywoływacza jest znikoma i co jakiś czas należy go odnawiać, natomiast wydajność wywoływacza kontrastowego sporo większa niż Fomatolu LQN 1+7 o tej samej objętości. Jest to więc sposób dobry przy obróbce niewielkiej ilości odbitek. Przy konieczności wywołania dwuroztworowego większej, chyba korzystniejsze będzie użycie Fomatolu LQN 1+15 czy nawet 1+31 jako pierwszego wywoływacza (miękkiego), a Fomatolu LQN 1+3, 1+4, bądź 1+5 jako drugiego (kontrastowego). Na koniec drobna ciekawostka. Gdy po skończonych próbach, uzupełniłem bardzo już zużytym Fomadonem LQN 1+20 Fomatol LQN 1+5 tak by uzyskać roztwór o podobnym do 1+7 stopniu rozcieńczenia, mieszanina po dwu tygodniach wciąż satysfakcjonująco wywoływała papiery (Fomatol LQN rzadko wytrzymuje dłużej jak tydzień), choć pod koniec tego okresu przy około dwukrotnym obniżeniu ich czułości. Fereby |
Fotografia czarno-biała: Utrwalanie dwuroztworowe II. Płukanie.
W związku z tym, że moje oba opisy techniki dwuroztworowej są dość długie i szczegółowe, spróbuję tym razem krócej i niejako syntetycznie. Utrwalanie dwuroztworowe tym różni się od klasycznej techniki jednoroztworowej, że materiał światłoczuły utrwalamy w dwu oddzielnych kąpielach utrwalających, połowę zwykłego czasu w każdej z nich. Jeśli np. błonę utrwala się normalnie 10 minut w jednym utrwalaczu, to w technice dwuroztworowej, błonę umieszczamy na 5 minut w pierwszym roztworze, a potem na kolejne 5 minut przenosimy ją do drugiego. Oba roztwory trzymamy oczywiście w oddzielnych butelkach. Gdy stwierdzimy że pierwszy utrwalacz zużył się, zastępujemy go dotychczasowym utrwalaczem numer 2, a w jego miejsce sporządzamy nowy. Takie postępowanie zwiększa pewność prawidłowego utrwalenia i zwiększa wydajność utrwalacza. Teoretycznie rzecz biorąc, wydajność utrwalacza przy zastosowaniu tej techniki wzrasta 2-4 razy. W rzeczywistości jednak (podobnie jak zresztą przy ustalaniu wydajności utrwalacza w sposobie "klasycznym") wpływa nań wiele czynników, zbyt wiele, by możliwe było podanie maksymalnej ilości możliwych do utrwalenia materiałów z dokładnością np. do jednej błony. Zgodnie z danymi Fomy w 750 ml U-1 do błon utrwalić w sposób klasyczny można około 15 błon - w przypadku obróbki dwuroztworowej ta liczba może wynieść 20, 25, 30, 40, w praktyce każdą liczbę między 15 a 60 sztuk. Przykładowo w 750 ml U-1 Fomy używanej przez pewien czas jednoroztworowo (około 10 błon), udało mi się utrwalić łącznie 25 błon (nieco ponad 26 wliczając próbki), czyli o 10 więcej. Liczba ta byłaby zapewne wyższa, gdybym inkryminowany utrwalacz od początku wykorzystywał w technice dwuroztworowej. Czysto arytmetyczne obliczenie wykazuje, iż skoro utrwalacz zużyty w 2/3 pozwolił utrwalić jeszcze 15 błon, to gdyby go od razu zastosować dwuroztworowo, wydajność wyniosłaby 45 błon (3x15). W rzeczywistości mogłoby to być - jak pisano wyżej - od 20 do nawet może ponad 60 błon. Dlatego też takie znaczenie mają systematyczne testy utrwalacza - wystarczająco miarodajny jest choćby prosty sprawdzian czasu odbielania błony. Zainteresowanych odsyłam do recenzji Ilford Rapid Fixer bądź mego poprzedniego artykułu o utrwalaczach, gdzie został on szczegółowo opisany. Utrwalanie dwuroztworowe przy użyciu tiosiarczanu sodu i tiosiarczanu amonu w procesie negatywowym nie różni się zbytnio (oprócz oczywiście czasów). W procesie pozytywowym natomiast utrwalanie dwuroztworowe tiosiarczanem sodu wymaga o jedną kuwetę więcej - po 5 minutach w starym utrwalaczu przenosimy odbitki do kuwety zawierającej wodę, a dopiero po obrobieniu większej partii odbitek, przenosimy je z wody do nowego utrwalacza na 5 minut, a stamtąd do płukania. Jakie jest uzasadnienie tej dodatkowej kąpieli w wodzie? Wywoływanie odbitek trwa z reguły od 1-3 minut, plus 15-30 sekund w przerywaczu. Odbitki z reguły utrwala się większymi partiami niż wywołuje (utrwalacz zdecydowanie lepiej wytrzymuje długotrwały pobyt w kuwetach). Gdy w litrze roztworu wywołuje się po 4 odbitki, utrwala zaś w 5 litrach U1 po kilkanaście, przy pewnym zaambarasowaniu wywoływaniem, może się zdarzyć iż część odbitek będzie męczona w utrwalaczu nawet ponad pół godziny! Nadmierne przedłużanie procesu utrwalania nie wpływa dodatnio na odbitki - może doprowadzić do wyżarcia świateł (zwłaszcza emulsje chlorobromowe), wypadku zaś papierów barytowanych na dokładkę utrudnić jeszcze ich wypłukanie. Dlatego też po pięciu minutach odbitki przekłada się do dużej kuwety z wodą (którą z powodzeniem zastąpić może miska, wiadro, czy miednica). O ile pierwszy utrwalacz przechodzi wspomniany wyżej test z błoną, to po wyjęciu zeń odbitki nie są już światłoczułe, więc nie ma obawy ich zaświetlenia (względnie pseudosolaryzacji) światłem białym podczas ewentualnej oceny. Gdy już skończymy wywoływać ustaloną partię odbitek, te oczekujące w wodzie na ukończenie obróbki przenosimy do drugiego utrwalacza na 5 minut, by nadal obecne w emulsji trudno rozpuszczalne w wodzie sole srebra zamienić na łatwo rozpuszczalne, po czem odbitki gotowe są już do końcowego płukania. W przypadku techniki dwuroztworowej opartej o utrwalacze szybkie, kuweta z wodą między pierwszym, a drugim roztworem okazuje się z reguły zbędna. Czas utrwalenia wynosi 1,5-3 minuty, co dawałoby 45-90 sekund pobytu w każdym utrwalaczu, a w przypadku Ilford Rapid Fixer w rozcieńczeniu 1+4 0,5-1 min., a więc jedynie po 15-30 sekund! Chyba niewielu używa wywoływaczy pozytywowych działających w takim tempie, toteż w tym ostatnim wypadku wąskim gardłem okazuje się nie utrwalanie, a wywoływanie (w wypadku papierów RC można zastosować rozcieńczenie IRF 1+9, wydłużające czas utrwalania do 1 minuty, czyli po 30 s w pierwszym i drugim roztworze). Po utrwalaniu zwykle następuje płukanie trwające od 15 minut do godziny (odbitki o podłożu barytowanym w zależności od typu utrwalacza, grubości podłoża i temperatury wody), 1-5 minut (odbitki na podłożu polietylenowym, jak wyżej), względnie 5-30 minut (błony, jak wyżej). Powyższe czasy dotyczą wody bieżącej o przeciętnej twardości. W wypadku jej braku stosujemy 7-krotną (papiery FB), względnie 4-5 krotną (RC) wymianę wody w naczyniu co 5 minut (ewentualnie trzy pierwsze zmiany co 3 minuty, następne 6-7 min). Błony w koreksie z możliwością obracania można płukać następująco: W wypadku gdy koreks nie ma możliwości obracania - 7-12 zmian wody co 5 minut (ewentualnie pierwsze 3-6 zmian co 3 minuty, pozostałe co 6-7 minut). Błoną należy przy tym od czasu do czasu poruszać. Woda do płukania błon powinna być odfiltrowana z zanieczyszczeń mechanicznych (płukanie w wodzie bieżącej), względnie odstana (wystarczy jeden dzień) - zapobiegamy wbijaniu piasku, cząstek rdzy, i tego rodzaju rzeczy w emulsję. W wypadku papierów nie jest to aż tak istotne. Co ciekawe, woda bardzo twarda usuwa tiosiarczany szybciej niż miękka, zapewne temu, że masywne cząstki soli wapniowych łatwiej "wybijają" z emulsji sole srebra. Wpływ ma też temperatura wody, im wyższa, tym szybciej przebiega płukanie. Płukanie można skrócić stosując preparaty rozkładające utrwalacz - można nabyć fabryczne, względnie sporządzić kąpiel o składzie: Woda utleniona 3% 125 ml Negatyw najpierw płuczemy 5 minut w wodzie bieżącej, potem przenosimy na 5 minut do powyższej kąpieli, kończymy dwuminutowym płukaniem w wodzie. UWAGA - część źródeł zastrzega iż powyższy preparat należy stosować wyłącznie względem płyt o podłożu szklanym! Podobno może on rozkładać podłoże typowych błon (pytanie tylko czy chodziło jeszcze o celuloid, czy już octan amylu). Co prawda większość źródeł takich zastrzeżeń nie wysuwa, ale zalecałbym uprzednie testy. Względem papierów (FB) postępowanie z preparatem jest inne: Przed wypłukaniem w ten sposób większej ilości odbitek, należy przeprowadzić test. Jeśli odbitka testowa po płukaniu ma: * pęcherze w emulsji - odbitki przed płukaniem zgarbować (1% roztworem formaliny); * zmienioną barwę obrazu - do kąpieli skracającej płukanie dodać 1 gram bromku potasu; * zażółcony papier - odbitki włożyć do 1% roztworu siarczynu sodowego, potem płukać jeszcze 10 min. Jak więc widać, zabieg takowy nie zawsze się opłaca. Można też użyć 0,3% roztworu samej wody utlenionej. Czas płukania da się także skrócić stosując poniższe roztwory: * 2-4% siarczynu sodowego; Po 2 minutach wstępnego płukania, przenosimy do roztworu soli sodowej na 5 minut (15-20 stopni C), następnie płuczemy 5 minut (istotne zwłaszcza w przypadku zastosowania chlorku sodu). Względem papierów na podłożu polietylenowym (RC), zabiegi skracające płukanie nie mają w praktyce amatorskiej większego sensu (ich płukanie i tak jest bardzo krótkie). Względem błon osobiście stosuję: minutę płukania w bieżącej wodzie, pierwszą zmianę wody (20 obrotów), płukanie w wodnym roztworze soli (30 obrotów), 40, dwie zmiany wody (40 i 50), minutowe przepłukanie koreksu, 5 minut stania w wodzie, minutę w preparacie zmiękczającym. Względem papierów RC i utrwalacza Ilford Rapid Fixer (producent: 2 minuty w wodzie bieżącej) - minuta płukania w miednicy (woda na ścianki, tak by w naczyniu następowała cyrkulacja) i 2-3 zmiany wody (co 5 minut), względnie 5-10 zmian wody (co 5 minut); minutę w preparacie zwilżającym (o ile go stosuję, ale o tym dalej). W dawnych czasach, istną plagą były jasne plamki i zacieki po wysychających kroplach wody na negatywach. Usiłowano temu zaradzić wieloma sposobami - po zakończeniu płukania, negatyw umieszczano na jakiś czas w spirytusie drzewnym, by jak to tłumaczy literatura, "przyśpieszyć suszenie". Wkrótce wszakże po II wojnie światowej, pojawiły się tzw. środki zwilżające. Na czym polega ich działanie? Woda zbija się w krople dzięki tej samej sile, która pozwala pływać po niej igłom - napięciu powierzchniowemu. Nie wnikając w wiązania wodorowe, siły Van Der Waalsa, itp., objawia się tak wzajemne oddziaływanie cząstek wody. Najpowszechniejsza ciecz na tym świecie charakteryzuje się napięciem powierzchniowym 0,072 niutona na metr, gdy na przykład alkohol ma 0,022. (Rozumiemy więc teraz, że stosowany dawniej alkohol metylowy, zapobiegał tworzeniu się śladów kropel, nie dzięki przyśpieszaniu suszenia, a raczej mniejszemu od wody napięciu powierzchniowemu). Zawarte w środkach zwilżających, detergenty zmniejszają napięcie powierzchniowe wody (wiąże się to z ich specyficzną budową - hydrofobowy łańcuch węglowodorowy połączony z grupa hydrofilową - powodującą dążność do gromadzenia się na powierzchni wody i tym samym oddalając odeń powietrze), co ułatwia jej spływanie z podłoża błony, umożliwia też zwilżenie zatłuszczonych przy wkładaniu do aparatu, względnie koreksu, miejsc (nasza skóra, nieważne jak długo myta, zawsze jest lekko tłustawa), zemulgowanie tłuszczów, w rezultacie zdecydowanie ułatwiając ich mechaniczne usunięcie z podłoża błony w kąpieli zwilżającej. W latach 50. niektórzy nie zalecali stosowania spirytusu względem błon zwojowych i małoobrazkowych, motywując to złym wpływem na podłoże (ponownie pojawia się pytanie, czy jeszcze celuloidowe, czy już z octanu amylu?). Negatywy zanurzone w spirytusie schną znacznie szybciej, ponieważ wypiera on wodę z żelatyny, a sam paruje zdecydowanie szybciej od wody. Oczywiście trzeba ździebko uważać z otwartym ogniem (ale nie aż tak, jak np. przy czyszczeniu tkanin benzyną), a spirytus od czasu odwadniać. W tym celu wrzuca się doń pociętą w paski, suchą żelatynę, po jakimś czasie napęczniałe kawałki się wyjmuje, pozostawia do wyschnięcia i ponownie wrzuca tak długo, aż przestaną pęcznieć, co jest dowodem, że wchłonięciu uległa cała woda zmieszana metanolem. Zgodnie z literaturą (chemiczną), nawet niewielka domieszka alkoholu do wody znacznie obniża napięcie powierzchniowe - być może to tłumaczy, czemu część preparatów zwilżających jest palna (np. Tetenal Mirasol). W latach 80. Fotonal i jego orwowski odpowiednik F-905 rzadko gościły na półkach "Fotooptyki" (oczywiście w porównaniu do dekady poprzedniej, a wtedy bynajmniej nie występowały w nadmiarze), w ówczesnej literaturze mamy więc naprawdę niemało o różnych "zastępnikach". Zaleca się np. "szampon niebieski". Niestety, choć znakomicie pamiętam tamten okres, akurat tego szamponu nie przypominam sobie - być może autor miał na myśli sprzedawany w charakterystycznych niebieskich butelkach (później "Familijny", w którym całe lata myłem głowę), podobnych jak te od płynu "K" (świetne na lany poniedziałek). Tuszko precyzuje, że można wykorzystać "zwykły, klarowny szampon do mycia włosów", a także "płyn do mycia naczyń" - jeden z moich znajomych stosował w latach 80. "Ludwika" jako preparat zwilżający i ogólnie chwali efekt. Czy nie można by mydłem? Teoretycznie tak, niestety mydło reaguje z rozpuszczonymi w wodzie związkami wapnia oraz magnezu, czego rezultatem jest biały osad soli wapiennych i magnezowych. Detergenty, takiego osadu nie wytwarzają nawet w kontakcie z wodą morską - dlatego zresztą zrobiły tak oszałamiającą karierę. W sposób naturalny nasuwa się tutaj kwestia wody użytej w kąpieli zwilżającej. Niektórzy zalecają korzystanie z wody destylowanej, inni uważają, iż można dowolną kranówą. O dziwo, oba te poglądy są całkowicie poprawne - woda destylowana ma tę zaletę, iż detergent preparatu jest bardziej aktywny (co prawda nie wiąże się on ze związkami wapnia i magnezu, ale ich cząstki i tak przeszkadzają, choćby nawet samym "zajmowaniem" miejsca w roztworze), twarda woda nie przeszkadza, aż tak jak przy praniu (niekiedy nawet 1/3 środka piorącego więcej), ale różnica w samym pienieniu się jest widoczna. Istnieje wszakże prosty sposób uzyskania wymaganej aktywności środka zwilżającego i w bardzo twardej wodzie (morskiej jednak w kąpieli zwilżającej lepiej nie stosować - na dłuższa metę chlorek sodu nie ma specjalnie pozytywnego wpływu na obraz srebrowy i emulsję). Wystarczy po prostu zwiększyć jego dawkę. Niestety, gdy producenci proszków do prania skrupulatnie podają dozowanie dla wody miękkiej, średnio twardej i bardzo twardej, na preparatach zwilżających takiej informacji próżno szukać. Fotoamatorowi pozostaje więc ustalać rzecz eksperymentalnie. Niektóre błony przyjmują lepiej środek zwilżający, inne gorzej - do tych drugich należą np. Foma 100, 200, 400. Schną one dość nieregularnie - na szczęście ślady po smużkach wody nie są z reguły widoczne. Moje próby zarówno z wodą destylowaną, jak kranową (mam bardzo twardą - góry), nie zdołały zmienić tego stanu rzeczy. O dziwo, gdy kiedyś do wody z kranu dolałem "Fotonalu" na oko (co najmniej dwa razy za dużo), Foma schła znacznie regularniej. Nie wiem czym jest to spowodowane. Dozowanie środka zmiękczającego względem płyt jest znacznie obfitsze niż błon - dla Tetenal Mirasol około dziesięciokrotnie (1:400 do 1:40). Zapewne jest to spowodowane inną strukturą podłoża szklanego. Względem papierów RC suszonych na sznurku, kąpiel w środku zwilżającym nie jest absolutnie konieczna, choć przydatna (poprawia połysk papierów błyszczących i nieco przyśpiesza tempo suszenia). W razie suszenia na gazecie, kąpiel zwilżającą lepiej stosować - tempo schnięcia zdecydowanie wzrasta, nie pojawiają się ślady wyschniętych kropel. Jeśli chodzi o papiery na podłożu barytowanym (FB), kąpiel w środku zwilżającym należy polecić, i to niezależnie od sposobu suszenia (suszarka, sznurek, gazeta). Dodatkową zaletą środków zwilżających, jest prawie całkowite zabezpieczenie suszonego materiału przed bakteriami i owadami (podobne działanie miał stosowany ongi metylowy spirytus). Był to kiedyś naprawdę poważny problem. R. Niemczyński: "Jest pająk, który zjada żelatynę, wygryzając w niej długie, kręte kanaliki. Negatyw taki jest nie do uratowania." Nasączona detergentem żelatyna jest dość kiepską pożywką dla bakterii. Dla much i pająków - trucizną. Chyba najlepszym komentarzem jest tu opis działania pułapki na komary sporządzonej przez mojego kolegę (z popielniczki i starego oleju silnikowego) "komar przylatuje do 'wody' i już zostaje". Dlatego też, mimo stosowania kąpiel zwilżającej, najlepiej niejako profilaktycznie do suszenia błon wybrać miejsce, gdzie owadów jest możliwie najmniej. Względem odbitek wymóg ten nie jest aż tak istotny. Fereby |
Fotografia czarno-biała: Fomatol LQN - recenzja
Fomatol LQN - recenzja Fomatol LQN - regeneracja Fomatol LQN - poprawki temperaturowe |
Fotografia czarno-biała: High i Low Key
High key |
Fotografia czarno-biała: Stykówki BW z internegatywu
Autor: alkos 1. Potrzebujemy skan negatywu o jak najwyższej rozdzielczości, najlepiej w 16tu bitach (gwarantuje to szersze możliwości dalszej obróbki tonalnej) Można przyjąć że minimala rozdzielczość dla danego formatu to taka, dzieki ktorej otrzymamy przynajmniej 240dpi. Np. dla odbitki 20x30 będzie to ok. 2000x3000 pikseli, dla 50x40 - 3000x4000. Oczywiście im wiecej, tym lepiej. W przypadku formatów powyżej 50x40 rozdzielczość przestaje miec kluczowe znaczenie - w końcu i tak będą one oglądane z większej odległości. 2. Obrabiamy go w programie graficznym zgodnie z gustem i analogowym sumieniem ;-), po czym odwracamy zwyczajną funkcją Invert/Negatyw. Z doświadczenia wiem, że nie należy przesadzać z wyostrzaniem ziarna - będzie i tak dosyć widoczne na odbitce. 3. Zapisujemy jako TIFF z kompresją LZW - daje to znośny "wagowo" plik bez żadnych strat na jakości. 4. Idziemy do drukarni/studia dtp/redakcji gazety i pytamy gdzie naświetlają klisze :-) Udajemy się następnie do naświetlarni i prosimy o naświetlenie naszego obrazka (nieważne, jaką mieliśmy rozdzielczość) w liniaturze 200, najlepiej rastrem stochastycznym. Nie każdy to potrafi, ale różnicy bez wtykania nosa w odbitkę i tak nie widać. :-) Aha, gdyby się pytali - nieważne czy z odwracaniem, czy bez. 5. Z gotową kliszą (czasem robią od ręki, jak nie ma kolejki albo się ładnie poprosi) udajemy się do ciemni, gdzie wyczekuje nas już rozłożony i parujący zestaw do wykonywania odbiek b&w :-) Ustawiamy powiększalnik tak, aby pole krycia światła było nieco większe niż docelowy format, przymykamy odpowiednio obiektyw (żeby oswietlenie było równomierne) i położywszy kliszę na papierze wykonujemy próbki. Można przyłożyć dodatkowo z góry szybę albo mleczne plexi (hipoteza - nie próbowałem, ale teoretycznie mogłoby dać lepszy efekt, szczególnie w przypadku powiększalników kondensorowych) - jednak robiłem odbitki 50x40 bez zadnego przyciskania i nie sposób dopatrzeć się nieostrości. W moim przypadku zazwyczaj klisza okazywała się nieco za miękka, więc ustawiałem głowicę filtracyjną na zwiększenie kontrastu - w stronę magenty. Po ustaleniu czasu naświetlania i kontrastu z próbek, naświetlamy ostateczny format, wywołujemy, przerywamy, utrwalamy, płuczemy, suszymy i voila! Oto nasza pierwsza hybrydowa odbitka, cyfrowo-srebrowa chimera i radość dla oczu! :D Oczywiście można drukować na sprecjalnych transparentnych foliach na drukarce atramentowej albo laserowej - jednak nie próbowałem tego osobiście. Drukowaliśmy za to kiedyś w ten sposób klisze do jakichś małych publikacji, aby zaoszczędzić na naświetlaniu - tak że zakładam, że pod powiększalnik też się nadadzą :) Teoretycznie na laserze powinno iść w rozdzielczości 1200dpi, w 600 zbyt widoczny jest raster. Na atramencie również najwyższa możliwa :-) |
Fotografia czarno-biała: Ilford Rapid Fixer - recenzja
Autor: Fereby ferebyWYTNIJTO@poczta.onet.pl Ilford Rapid Fixer Wydajność: 4 metry kwadratowe papieru o podłożu 24 błony małoobrazkowe lub zwojowe w litrze Trwałość: Przy temperaturze roztworu wynoszącej 20 stopni Celsjusza Czas utrwalania błon w roztworze 1+4 wynosi 2 do 5 min. Zarówno dla roztworu 1+4 jak 1+7 papiery o podłożu Błony należy płukać od 5-10 minut (woda bieżąca). Producent nie zezwala na użycie Ilford Rapid Odbitki utrwalane w roztworze zużytym, bądź Ocena: Papiery RC: produkt znakomity zarówno dla pojedynczego Papiery FB: wykazuje podobne zalety oprócz płukania Ilford Rapid Fixer przy utrwalaniu papierów w roztworze Jeśli idzie o cenę: 0,5 l opakowanie Ilford Rapid Fixer -------------------------------------------------------------------------------- > Trwałość: W dokumencie znalezionym na stronie www.ilford.com stoi tak: wg mnie wynika z tego, ze w szczelnie zamknietej, pelnej butelce roztwor
-------------------------------------------------------------------------------- {mospagebreak}
Jakiś czas temu opisywałem Ilford Rapid Fixer - szybki Rozdział "Replenishment" może się jednak okazać wcale przydatny Jeśli obrabiamy błony i odbitki sposobami klasycznymi, względnie nasza Test z odbielaniem zaświetlonego skrawka błony wykorzystuje fakt, iż Bardziej złożone (ale i niezawodne) techniki kontroli utrwalenia
|
Fotografia czarno-biała: Przerywacze
W procesie czarno-białym pomiędzy wywołaniem a utrwaleniem materiałów światłoczułych zaleca się stosowanie kąpieli przerywającej, której celem jest szybkie przerwanie procesu wywołania (zwłaszcza zminimalizowanie tzw. wywołania bezbromkowego) i zapobieżenie przenoszeniu wywoływacza do utrwalacza, co ma decydujący wpływ na jego trwałość oraz jakość obrabianych błon (uniknięcie zabarwienia dwubarwnego). Obecnie, mimo szerokiego asortymentu przerywaczy fabrycznych, wyposażonych nierzadko w indykatory barwne, zmieniające kolor w przypadku drastycznego spadku zakwaszenia roztworu roboczego, wielu fotoamatorów nadal preferuje kąpiele przerywające sporządzane samodzielnie. Poniżej oryginalne receptury z kilku książek. Notacja zdaje się być niegodna z normalnym porządkiem (rozpuszczanie po kolei od pierwszego składnika listy, do ostatniego), zwłaszcza że substancje sypkie jak pirosiarczyn potasu, ałun chromowy, etc. należy wsypywać do wody a nie ją je zalewać. Osobiście sporządzając 2% roztwór kwasu octowego, zgodnie z zasadą zaczynającą się od słów "pamiętaj chemiku młody..." wlewam stężony kwas octowy do wody, a nie na odwrót. Względem kolejnych podanych tu recept być może należałoby jednak nalać do zlewki pewną ilość wody (np 900 ml), rozpuścić kolejno składniki i dopełnić do 1 l (niestety tych konkretnych recept nie próbowałem, więc nie wiem na sto procent - opieram się wyłącznie na literaturze i własnym doświadczeniu). Przerywacz z kwasem octowym Przerywacz z pirosiarczynem Przerywacz garbujący Przerywacz garbujący OP 2-S Ałun chromowo-potasowy 30 g Przerywacz garbujący z kwasem siarkowym W przepisie drugim pirosiarczyn potasu można prawdopodobnie zastąpić pirosiarczynem sodu w zbliżonej, względnie kwaśnym siarczynem sodu w tej samej, bądź nieco większej ilości (około 50 g), jak to się czyni przy zakwaszaniu utrwalaczy - niestety dostępna mi literatura milczy na ten temat (jedno ze zródeł wszakże poleca jako przerywacz "4% roztwór kwaśnego siarczynu sodowego", co wygląda niczym odpowiednik recepty drugiej z zamiennikiem pirosiarczynu potasu). Zajmijmy się szerzej najczęściej spotykaną receptą pierwszą. Jest ona analogiczna z S 1 "Fotonu". Wedle Z. Pękosławskiego roztwór był sprawny, póki zanurzony w nim niebieski papierek lakmusowy nie zmieniał barwy na różową. W rzeczywistości papierek lakmusowy wskazuje odczyn zasadowy przyjmując barwę niebieską, kwasowy zaś czerwoną. Toteż oznaką zdolności przerywacza do funkcjonowania będzie czerwone, a niezdolności właśnie brak zmiany (odczyn neutralny - PH 7), bądź niebieskie zabarwienie papierka lakmusowego (odczyn zasadowy - PH powyżej 7), jak to prawidłowo podaje T. Klimecki! S 1 i jego odpowiedniki regeneruje się powolnym dolewaniem takiej ilości kwasu octowego, by włożony do roztworu papierek lakmusowy zyskał barwę różową (odczyn kwaśny). Ogólnie rzecz biorąc stężenie kwasu octowego tego rodzaju w przerywaczach powinno się zawierać w granicach 1-5%. Większe powoduje nadmierne zakwaszenie utrwalacza (co bynajmniej nie jest korzystne), mniejsze może nie do końca przerwać reakcję wywoływania, zneutralizować zasadowy odczyn wyjętej z wywoływacza odbitki, a oprócz tego odczyn przerywacza dość szybko staje się również zasadowy. W większości literatury za najlepsze uznaje się stężenie 2%. Zamiast kwasu octowego 98% do sporządzenia przerywacza można użyć owej substancji w dowolnym innym stężeniu (większym oczywiście od 2%) - również octu spirytusowego do celów spożywczych rozcieńczonego oczywiście odpowiednio mniejszą ilością wody. Osobiście wykorzystałem ongi "Ocet Spirytusowy 10% z rektyfikatu", zapomniany w jednej z kuchennych szafek od dobrych piętnastu lat. T. Klimecki określa wydajność tego typu przerywaczy na około 150 odbitek 13x18 w litrze roztworu o zawierającym 2% kwasu octowego. Liczba powyższa dotyczny najpewniej papierów o podłożu FB (papierowym), ponieważ takie dominowały w PRL lat 70., gdy opublikowano "Technikę powiększania w fotografii". Stosując typowe przeliczniki "producenckie" (tzn. FB <= 1:2 => RC) byłoby to jakieś 300 odbitek na papierach plastykowanych inkryminowanego formatu. Dawałoby to z kolei jakieś 30-50 błon małoobrazkowych, lub zwojowych, ale literatura milczy konsekwentnie i na ten temat. W wypadku więc procesu negatywowego pozostaje jedynie kontrola przy pomocy indykatorów PH. Niestety zalecane przez większość źródeł papierki lakmusowe nie są bynajmniej tanie - nawet 60 groszy za sztukę (to drożej niż większość papierów światłoczułych mniejszych formatów). W tej sytuacji można kwestię indykatora rozwiązać własnym przemysłem, bądź próbować znaleźć gdzie indziej. Pierwszy sposób spodoba się pewnie chemikom-amatorom dysponujących nawet tylko podstawowym sprzętem laboratoryjnym i doświadczeniem. Jak wynika z I części "Ciekawych Doświadczeń" Stefana Sękowskiego wykonanie indykatora PH o funkcjonalności nawet większej niż papierek lakmusowy nie jest bynajmniej trudne, kosztowne, czy pracochłonne. Potrzebne są: * około 100 ml odbarwionego denaturatu. Sękowski poleca odbarwiać denaturat przy pomocy włożonego do dużego lejka luźnego zwitka waty, na który sypie się 2-3 łyżki węgla drzewnego (Sękowski o węglu drzewnym "nabędziesz go z łatwością w aptece", zapewne można by wykorzystać i węgiel z wkładów węglowych do filtrów wody). Przez tak wykonany filtr przesącza się denaturat np. do zlewki (uwaga dla cwaniaczków i różnych takich - alkohol metylowy po odbarwieniu jest DOKÂŁADNIE TAK SAMO TRUJ¡CY!!!). * Kilka pokrojonych liści czerwonej kapusty. * Pewna ilość dobrej, wsiąkliwej bibułki. Odbarwiony denaturat należy wlać do małej kolby (Sękowski - 500 ml), wrzucić doń pokrojone liście czerwonej kapusty i lekko podgrzewać na łaźni wodnej w temperaturze 50-60 stopni Celsjusza przez około 30 minut. Temperaturę denaturatu w kolbce najlepiej na bieżąco kontrolować odpowiednim termometrem. Gdyby ktoś nie wiedział - podgrzewanie substancji na łaźnii wodnej polega na umieszczeniu naczynia z przeznaczoną do pogrzewania cieczą w większym naczyniu wypełnionym wodą (najlepiej tak by mniejsze naczynie nie miało bepośredniego kontaktu ze ściankami i dnem większego - z reguły wystarcza odpowienia konstrukcja z drutu). Płomień palnika, wględnie grzejnik elektryczny podgrzewa zewnętrzne naczynie z wodą, która z kolei przekazuje ciepło naczyniu wewnętrznemu z substancją przeznaczoną do podgrzania. Sens tego rodzaju ostrożności przy podgrzewaniu łatwopalnej cieczy jest oczywisty - jeśli ktoś go nie dostrzega, zdecydowanie nie powinien brać się za tego rodzaju rzeczy. Po zakończeniu podgrzewania, wylot kolby zatytka się korkiem i pozostawia na parę dni. Tak uzyskanym alkoholowym roztworem barwnika czerwonej kapusty nasyca się paseczki bibułki, suszy i gotowe. S. Sękowski zaleca nasycone paseczki zszyć w książeczkę z kartonową okładką, na którą nanosi się skalę barw odpowiadającą słabym i mocnym kwasom oraz słabym i mocnym zasadom. Tak uzyskane papierki - w przeciwieństwie do papierków lakmusowych - swym zabarwieniem pokazują nie tylko kwasowość bądź zasadowość substancji, ale także względną siłę kwasów i zasad. I tak: * Kwasy mocne zabarwiają papierki na KRWISTOCZERWONO * Kwasy słabsze - na FIOLETOWOCZERWONO * Kwasy bardzo słabe - CIEMNOCZERWONOFIOLETOWO * Zasady bardzo słabe wywołują kolor FIOLETOWY * Zasady nieco mocniejsze - NIEBIESKI * Zasady mocne - ÂŻÓÂŁTOZIELONY Jeśli kogoś nie bawi samodzielne robienie papierków wskaźnikowych, słabo się na chemii, względnie pragnie zaoszczędzić czas, pozostaje mu inne źródło indykatorów PH - akwarystyka. Każdy, kto choćby krótko hodował rybki w akwarium, wie jak istotne jest dbanie o PH, twardość wody, etc. Dlatego też wystarczy na ogół wybrać się do sklepu akwarystycznego (bądź innego, mającego w ofercie akcesoria akwarystyczne), by znaleźć odpowiedni dla naszych potrzeb tester. W przeciwieństwie do papierków lakmusowych, preparaty używane w akwarystyce pokazują nie tylko kwasowość, względnie zasadowość wody, ale także jej PH. Na ogół stosuje się indykatory w postaci płynnej. Do specjalnej próbówki (wchodzącej w skład zestawu) nalewa się określoną ilość wody (na ogół do kreski na ściance), wkrapia odpowiednią ilość preparatu z buteleczki, miesza i porównuje powstałe zabarwienie płynu z dołączoną do opakowania barwną tabelką, określając tym samym PH pobranej wody. Posługiwanie się tego rodzaju akwarystycznymi testerami PH w określaniu przydatności jest podobne jak w akwarystyce - przelewa się odpowiednią ilość nieużywanego jeszcze roztworu przerywacza do próbówki i wkrapia podaną w instrukcji ilość indykatora. Po ustaleniu zabarwienia indykatora i tym samym PH roztworu, próbkę możemy wylać, bądź pozostawić do późniejszego porównania. Roztwór przerywacza przed pobraniem próbki najlepiej lekko zamieszać. Z kolei korzystając z papierków pomysłu Stefana Sękowskiego, pobiera się kroplę lub parę kropel nieużywanego jeszcze przerywacza i skrapia się papierek. Znając zabarwienie wywoływane przez świeży przerywacz, po kolejnych próbkach z łatwością można oceniać stopień wyczerpania roztworu i jego przydatność do dalszej pracy, a także czy dolana kolejna porcja octu jest przywróciła właściwe zakwaszenie kąpieli przerywającej. Oczywiście zabarwienie tak papierków lakmusowych, jak innych indykatorów oceniać najlepiej w świetle białym. Bardzo rozsądnym jest sporządzanie i używanie różnych roztworów przerywających do błon i papierów - wraz z resztkami jednego wywoływacza do przerywacza mogą przeniknąć substancje reagujące w nieoczekiwany sposób z resztkami innego (tyle teoria - nie zetknąłem się nigdy wszakże z tego rodzaju przypadkiem). Zdecydowanie bardziej realne niebezpieczeństwo związane jest z kolorowymi podlewami przeciwodblaskowymi błon światłoczułych, rozpuszczającymi się podczas obróbki i zabarwiającymi kąpiele fotograficzne, w tym również i przerywacze, mogące potem zupełnie niezamierzenie "stonować" odbitki (przypadek znany mi z licznych opowieści, choć nie własnej praktyki). W razie więc przechowywania roztworów przerywaczy do błon i papierów należałoby je czytelnie opisać. Z tych samych przyczyn w wypadku stosowania testerów akwarystycznych próbki po ustaleniu ich PH (i tym samym roztworu z którego zostały pobrane) należy wylewać (ewentualnie pozostawić do porównań przy regeneracji), a nie "zwracać do roztworu". Kiedy z kąpieli przerywającej można zrezygnować? Jedną z niewielu sytuacji, jaką potrafię sobie wyobrazić, jest kopiowanie odbitek dla których jakość i trwałość nie stanowią istotnych kryteriów (np. wglądówki służące wyborowi właściwego skadrowania), gdy dysponuje omalże kompletnie wypracowanym utrwalaczem, który planujemy wkrótce zastąpić nowym. Można wtedy bez wahania zastosować owo zalecane przez starszą literaturę "krótkie, pośrednie płukanie w wodzie", zdając się na zakwaszacz w utrwalaczu. Oczywiście tego rodzaju praktyki dotyczą WY£¡CZNIE odbitek! Względem negatywów stosowanie podobnych oszczędności, z nader oczywistych względów kompletnie się nie opłaca. Fereby Kontynuując dalej ten wątek - niektórzy autorzy (np. Kielich i Iliński) polecają wykorzystanie kwasu octowego w stężeniu dwukrotnie niższym - 1% (Kielich wyłącznie do błon, Iliński do błon i papierów). Teoretycznie taki roztwór przerywający powinno się używać jeden raz i wylać, ale moim zdaniem lepiej po prostu kontrolować PH i w razie czego zregenerować stężonym kwasem octowym (względnie octem spirytusowym spożywczym, bądź esencją octową). Tak czy siak osobiście używam do kwasu octowego 2-3% zarówno do błon jak i papierów, jako kąpieli wielokrotnej - oczywiście oddzielnych roztworów do pierwszych i drugich. Co jakiś czas wielokrotnie regenerowany przerywacz na kwasie octowym należałoby zastępować nowym roztworem - z każdą kolejną obróbką coraz bardziej nasyca się produktami rozkładu wywoływacza. Od czasu do czasu niezbędne jest przefiltrowanie go, np. przy pomocy lejka laboratoryjnego i skrawka waty (najlepiej w temperaturze 20 stopni Celsjusza). Kolejna recepta kąpieli przerywającej (bufora octanowego) via Roman Kielich (prawdopodobnie na litr roztworu): Wodorotlenek sodowy w tym przepisie można zastąpić 5 gramami węglanu sodowego bezwonnego. Powyższej recepty dotyczą wszystkie uwagi z mojego pierwszego tekstu o przerywaczach - zapewne składniki należy rozpuścić w pewnej ilości wody (np 800 ml) a następnie dopełnić wodą do jednego litra. Trochę teorii - roztwór buforujący to substancja mająca właściwość przeciwdziałania zmianom PH, zarówno podczas rozcieńczania, jak i podczas dodawania do niej niewielkich ilości mocnego kwasu lub zasady. Tego rodzaju bufory są albo mieszaninami słabego kwasu i soli tego kwasu, bądź słabej zasady i soli danej zasady. Przykładowo bufor octanowy to mieszanina kwasu octowego (CH3COOH) i octanu sodowego (CH3COONa). Fereby |
Fotografia czarno-biała: Rodinal 1+100 i nie tylko
W związku z wysyłanymi na listę zapytaniami o Rodinal (i jego odpowiednik R-09) w rozcieńczeniu 1:100 (zalecanym przez Agfę do filmów cienkowartwowych już od lat 50.), pozwoliłem sobie skompilować co nieco z publikacji sprzed lat kilkunastu i starszych. Rodinal ma współczynnik temperaturowy 10 stopni = 2. Oznacza to, iż podniesienie temperatury z 10 na 20 stopni powoduje dwukrotne skrócenie czasu wywołania. Zgodnie z tą regułką wzrost temperatury z 20 do 25 stopni winien spowodować skrócenie czasu o 25%, czyli do 0,75 pierwotnego. W literaturze podawane są niekiedy inne współczynniki temperaturowe R-09, wg W. Tuszko: W innym tekście Tuszko podaje: Jak widać rozbieżności między poszczególnymi wersjami współczynników temperaturowych są minimalne, z reguły mieszcząc się w przedziale 5%, co w praktyce jest różnicą bez znaczenia. Współczynnik Watkinsa dla Rodinalu wynosi 40. W praktyce oznacza to, iż jeśli pierwszy ślad obrazu ukazuje się po 30 sekundach, to wywoływać dany materiał należy 30x40=1200 s, czyli 20 min. Uwaga - dane dotyczą wywołania DOGÂŁĂŠBNEGO i dość kontrastowego, stosowanego dawniej względem płyt! Obecnie co prawda nie stosuje się wzrokowej kontroli postępu wywołania negatywów, co więcej z reguły wywołuje się je powierzchniowo, ale imkryminowany współczynnik być może przyda się przy wywołaniu papierów, gdzie na ogół wywołuje się właśnie dogłębnie, współczynniki zaś dla rozcieńczeń poniżej 1+20 nieczęsto są podawane w literaturze. Oryginalna Agfowska tabela rozcieńczeń Rodinalu via "Fotografia" Cypriana: Tuszko podaje trochę inne: Gdzie indziej - półtorakrotne zwiększenie rozcieńczenia: 140- 150%; dwukrotne: 180-200%. Niektóre czasy w minutach dla rozcieńczenia 1+100, 20 stopni Celsjusza, według W. Tuszko: Zdaniem Tuszki, taki "zmienny, coraz rzadszy rytm poruszania koreksem sprzyja natomiast uzyskaniu dużej ostrości konturów i maksymalnemu wyzyskaniu światłoczułości negatywu. Różnice między HP-5, a HL (zbliżony do HP-4) są minimalne. Zaskakuje natomiast duży rozziew między FP-4, a NP-22 (te błony jakoby miały mieć zbliżone czasy wywołania). Forsowanie błon w Rodinalu według W. Tuszko (1+100 przy minimalnym poruszaniu koreksem), czasy w minutach: Zgodnie z literaturą Rodinal powoduje często obniżenie światłoczułości negatywu o 1-2 stopnie Din. Wojciech Tuszko stwierdza iż choć Rodinal nie jest wywoływaczem drobnoziarnistym to "nowoczesne materiały negatywowe mają jednak z reguły ziarno na tyle drobne, że nawet z małoobrazkowego negatywu o czułości 400/27 ISO wywołanego w Rodinalu uzyskuje się bezziarniste pozytywy 24x36". Fereby |
Fotografia czarno-biała: Wywoływacz Stoecklera zmodyfikowany - receptura i czasy
Wywoływacz Stoecklera jest dwuroztworowym wywoływczem z metolem jako reduktorem i boraksem pełniącym funckję substancji przyśpieszającej. Przeznaczony jest do negatywów niskoczułych. Oryginalna receptura Stoecklera z połowy lat 30. Roztwór "B" W modyfikacji do materiałów cienkowarstwowych autorstwa Spiellmana, ogłoszonej w połowie lat 60. zwiększono ilość metolu (silniejsze krycie), zmniejszono zaś siarczynu sodowego (lepsze wykorzystanie światłoczułości emulsji). Modyfikacja Spellmana z 1968 roku: Roztwór "B" Oryginalnie wywoływało się w sposób poniższy: Jeden ze znanych mi użytkowników tego wywoływacza, wydłużył o 1 minutę czas wywołania błon o czułości ISO 400, dla poprawy wyzyskania ich światłoczułości. Czasy wywołania błon w tej wersji: Błony średniej i niskiej czułości 4+4 minuty, 400 ISO - 5+5 minut. * 4+4 minuty: Fomapan 100, Ilford Pan F+ 50, Ilford Pan 100, Ilford FP4+ 125. * 5+5 minut: Kodak Academy 200, Fomapan 400, Ilford Delta 400, Kodak TMAX 100, Kodak TMAX 400. Wyjątki: * Agfa APX 100 i APX 400. Wywołanie błon APX w wywoływaczu stoecklera mija się z celem, ponieważ znacznie obniża on czułość tych błon (nawet przy czasie wywołania 6+6 minut). * Fomapan T 200: 3+3 minuty. Przy czasie 4+4 minuty, ta błona wykazuje wszelkie oznaki przewołania - nawet motywy o kontraście 1:4 wymagają kopiowania na papierze o gradacji specjalnej. Negatyw jest bardzo mocno kryty, co znacznie wydłuża czasy naświetleń pozytywów. Co zadziwiające, najmniejszych problemów nie sprawiają inne błony o emulsjach z kryształami "T": TMAX-y Kodaka i Delty Ilforda. W przypadku wszakże TMAX 3200 wywoływacz powoduje obniżenie czułości - tyle że to akurat błona wysokoczuła (Ilford Delta 3200 jeszcze nie sprawdzałem). Wywoływacz ten zdaje się być stworzony do błon Kodak Academy 200 - ziarno jest niezwykle małe, pozwalając na bezziarniste powiększenia co najmniej 16-krotne. Uzyskuje się wzrost światłoczułości o 1-2 DIN, a działanie wyrównawcze wywoływacza jest wprost wyśmienite - motyw o kontraście 1:2 na negatywie uzyskał współczynnik kontrastowości 0,6 (gradacja twarda Fomy), motyw o kontraście 1:64 - 0,8 (normalna Fomy), kontraście 1:256 - 1,1 (specjalna Agfy). Kodak Academy można również wywoływać 4+4 minuty, w porównianiu do błony obrabianej 5+5 minut, wykazuje się gorszym wyzyskaniem światłoczułości, niższą kontrastowością i mniejszym ziarnem - nadawałaby się więc do motywów o bardzo dużych kontrastach, co najmniej równie dobrze jak wywołana 10 minut w D-23 HAD (zwłaszcza że na tej ostatniej motywy o kontrastowościach bliższych przeciętnym, wychodzą na negatywie co nieco zbyt mdło). W związku z tym, że Kodak wycofał się z produkcji "Academy", jako (chyba lepsza) alternatywa pozostaje Ilford FP4+ 125, podobnie jak jego poprzednik FP3, zyskujący w stoeclerze nawet do 3 DIN na czułości, przy bardzo dobrym wyrównaniu kontrastów i niewielkim ziarnie. Uwagi dodatkowe Wadą tego wywoływacza jest pewna kapryśność. Z reguły podnosi on światłoczułość materiałów nisko i średnioczułych, a obniża wysokoczułych. Zdarzają się jednak wyjątki od powyższej reguły, więc w przypadku błon dotąd w nim nieobrabianych lepiej uprzednio sprawdzić działnie na naświetlonej próbce. Należy uważać, by nie zanieczyścić roztworu "A" roztworem "B". Natomiast do zalet zaliczyć należy prostotę pracy. Jeśli dysponuje się ciemnią negatywową i co najmniej trzema identycznymi koreksami (najlepiej z wyjmowalnymi szpulami), można zorganizować omalże taśmową obróbkę. Do pierwszego ("1") wlewa się roztwór "A", drugiego ("2") "B", w trzecim ("3") znajduje się przerywacz. Błony przenosi się kolejno pomiędzy koreksami "1", "2" i "3" (oczywiście w całkowitej ciemności), w odpowiednich odstępach czasu. Przerywacz w koreksie "3" zastępuje się po kilkunastu sekundach utrwalaczem (wylewa się jedną kapiel, wlewa drugą), najlepiej takim, który na krótko przed upływem czasu wywołania w koreksach "1" i "2" pozwoli wyjąć w pełni utrwalone błony i ponownie zastąpić utrwalacz przerywaczem. Ten czas to jakieś 3,5-4,5 minuty, w zależności od tego czy obróbka trwa 4+4, czy 5+5 minut - musi to więc być utrwalacz szybki (w rodzaju Ilford Rapid Fixer). Jeśli dysponujemy tylko "zwykłym" na tiosiarczanie sodu, względnie "przyśpieszonym" z dodatkiem chlorku amonu, trzeba uciec się do techniki utrwalania dwuroztworowego. Jeśli czas utrwalania danej błony w naszym utrwalaczu wynosi co najwyżej 7 minut (4+4), względnie 9 minut (5+5), tuż przed zgaszeniem światła, zamianą utrwalacza na przerywacz i "przenosinami", błony z koreksu "3" można wyjąć i umieścić w innym naczyniu zawierającym utrwalacz, nawet plastykowym kubełku do mieszania farb - po upływie połowy czasu utrwalania zdecydowanie nie są już światłoczułe. Potrzeba do tego oczywiście więcej utrwalacza - jeśli się nim nie dysponuje, a wyjęte z utrwalacza błony nie mają już charakterystycznego, mlecznego zabarwienia, można po prostu umieścić w naczyniach z wodą, a potem dokończyć utrwalanie. Jeśli się dysponuje czwartym identycznym koreksem i odpowiednio dużą ilością utrwalacza kwaśnego, to "wąskie gardło" przestaje być dokuczliwe. Utrwala się po prostu trzema roztworami, co pozwala "wyrobić" pełne 10 minut utrwalania nawet dla obróbki 4+4. Zaletą wywoływacza stoecklera dla typowego fotoamatora, jest taniość, prostota sporządzania, wygoda użycia. Wykazuje swe zalety zarówno przy korzystaniu z koreksów o małej pojemności (0,5-1,0 l), jak i większych. Sporządza się roztwór "A" (wywoływacz) w ilości niezbędnej do całkowitego napełnienia posiadanego koreksu. Tuż przed wywołaniem sporządza się roztwór "B" (boraks) w ilości potrzebnej do "pokrycia" planowanej do wywołania liczby błon, który zostanie użyty jednorazowo. Zbędne staje przenoszenie błon między koreksami - roztwory "A" i "B" wlewa się kolejno do tego samego koreksu i po zakończeniu wywołania roztwór "A" zlewa się z powrotem do butelki (jest dość trwały), zaś roztwór "B" po prostu wylewa (boraks jest bardzo tani). Jest to metoda prosta i możliwa do szybkiego opanowania nawet dla mało zaawansowanego fotoamatora. W przypadku koreksów umożliwiających wywołanie kilku błon, zastosowanie stoecklera daje dużą oszczędność czasu: np. fotografujący na negatywach Ilford Pan 100, PanF+ 50 i FP4+ 125, może po prostu zaczekać aż uzbierają mu się cztery małoobrazkowe (w dowolnej konfiguracji) i wywołać je wszystkie razem w jednym, i tym samym koreksie Patersona, w jedne osiem (4+4) minut (plus przerywanie, plus utrwalanie). W przypadku D-76, Rodinalu, Ultrafin+, Atomalu, Microfenu, etc. coś podobnego byłoby niemożliwe (ale Emofinu oczywiście tak). Negatywy obrabiane w zmodyfikowanym wywoływaczu stoecklera charakteryzują się silniejszym kryciem niż wywołane w "Rodinalu", "Atomalu", Fomadonie LQN, za to nieco słabszym niż błony wywołane w D-76 1+0, względnie W-17 1+1. Powoduje to pewne utrudnienia (dłuższe czasy) przy dużych powiększeniach, za to znacznie upraszcza kopiowanie całych klatek średniego formatu na papiery 9x13, 10x15, 13x18: nawet przy zastosowaniu żarówki 250 W, nie pojawia się problem występowania czasów krótszych niż 2 s, mimo maksymalnego przymknięcia otworu przysłony (dokuczliwy zwłaszcza względem obiektywów PZO Emitar, gdzie najmniejszy otwór przysłony wynosi F-11). Fereby |
Fotografia czarno-biała: Utrwalanie. Zwilżanie. Garbowanie.
W starych numerach "Fotografii", udało mi się odnaleźć wyjaśnienia kilku dość dziwacznych twierdzeń, obecnych w naszej literaturze fotograficznej. 1. "Papierów światłoczułych nie należy utrwalać w utrwalaczach szybkich.". Co ciekawe, analogicznego zakazu przez całe lata poszukiwań nie udawało mi się znaleźć w literaturze NRD i RFN-owskiej, czy czechosłowackiej. Indagowanio to fotografowie i fotoamatorzy, wysuwali różne teorie ("pogorszeniu ulega czerń", "szybkie utrwalacze trudniej wypłukać"), ewentualnie również nie znali przyczyn powyższego zakazu. Wyjaśnienie niesie "Fotografia". Wojciech Tuszko w artykule "Utrwalanie", wzmiankując utrwalacze szybkie stwierdza co następuje: "Należy zaznaczyć, iż w wypadku utrwalania papierów chlorowych dodatek chlorku amonu wywiera wpływ wprost przeciwny - wydłuża proces utrwalania.". Mniej więcej coś podobnego zostaje powtórzone w artykule o papierach chlorobromowych, a także w "Utrwalacz szybki nie zawsze jest szybki" - papierów chlorowych i chlorobromowych nie należy utrwalać w utrwalaczach z dodatkiem chlorku amonu. Cofnijmy się teraz do czasów PRL. Jedynym powszechnie dostępnym krajowym utrwalaczem szybkim był Foton U-2. Zwano go powszechnie "utrwalaczem rentgenowskim", ponieważ odgórne wytyczne zakładały iż do tego typu prac będzie on głównie stosowany. Był to utrwalacz oparty o tiosiarczan sodu, z dodatkiem chlorku amonu (salmiaku) jako przyśpieszacza. Tego ostatniego związku tego używa się również do innych celów, toteż decydenci zapewne uznali iż nie ma sensu produkować U-2 na potrzeby odbiorców indywidualnych, skoro ci mogą tak samo dobrze utrwalać sobie swe błony i papiery, (choć może nieco wolniej), w nie zawierającym salmiaku, U-1, dzięki czemu oszczędzi się krajowi braków na kolejnym odcinku. Nawiasem mówiąc, potrzeby przemysłu w tamtych czasach stały zawsze na pierwszym miejscu - gdy postanowiono podjąć badania nad nowym wywoływaczem negatywowym opartym na fenidonie N-10 (co miało na celu podratowanie bardzo już kulejącej produkcji na potrzeby fotoamatorskie) równocześnie rozpoczęto prace nad N-13, nowym fenidonowym wywoływaczem... rentgenowskim (niestety nie znam receptury i dalszych losów), choć przecież krajowa produkcja i import w pełni pokrywały zapotrzebowanie na tego rodzaju wywoływacze. Sytuacja rynkowa w której braki U-1 były coraz dokuczliwsze, sprawiała iż tenże rynek wchłaniał wszelkie nadwyżki produkcyjne U-2, jakie nań trafiały. Gdy nie udawało się nabyć utrwalacza w "Fotooptyce" załatwiano po znajomości z fabryk, szpitali, etc. Zresztą dokładnie to samo dotyczyło i wywoływaczy w rodzaju W-7, W-8, A-71, itp. W PRL nigdy na większą skalę nie produkowano utrwalaczy szybkich opartych na tiosiarczanie amonu. Czasem pojawiały się takowe z importu, ale w niewielkich ilościach. W świetle powyższego staje się jasnym, czemu rodzima literatura kategorycznie zabraniała utrwalania papierów światłoczułych w utrwalaczach szybkich - po prostu jeśli już ktoś korzystał z utrwalacza szybkiego, w 99% był to U-2. Sytuacja z papierem światłoczułym była niewiele lepsza jak z czymkolwiek innym do fotografii, bywało nawet że zdesperowani fotoamatorzy usiłowali powiększać nawet już nie na papierach chlorobromowych, ale nawet chlorowych, choć ich czułość predysponowała je raczej do kopii stykowych. Czyniło to zetknięcie się chlorków srebra i amonu całkiem prawdopodobnym. W Czechosłowacji i NRD, fotoamatorzy jeśli już korzystali z utrwalaczy szybkich, to były one oparte na tiosiarczanie amonu, nie mającym żadnych konfliktów chlorkiem srebra i nadającym się świetnie do utrwalania tak bromów, jak chlorów i chlorobromów. Obecnie, jedynym utrwalaczem szybkim z dodatkiem chlorku amonu, jaki udało mi się znaleźć jest 2MUS. Niestety nie wiem jak wygląda kwestia utrwalania w nim papierów chlorobromowych Fomaspeed, ponieważ jeszcze nie miałem okazji wypróbować tego utrwalacza. 2. "Spirytusu jako kąpieli zwilżającej i przyśpieszającej suszenie wolno używać wyłącznie do płyt o podłożu szklanym, gdyż ma on negatywny wpływ na podłoże błon zwojowych." Gdy czytało się tego rodzaju kategoryczne stwierdzenia w tekstach fotograficznych sprzed wielu lat, człowiek zastanawiał się czy chodziło jeszcze o celuloid, czy już octan celulozy, względnie poliester. Odpowiedzi na łamach "Fotografii udziela n.n. redaktor o inicjałach S. S. W artykule "Suszenie materiałów negatywowych" znajdujemy: "Aceton i alkohol metylowy rozpuszczają celuloid dość silnie i z tego powodu nie nadają się do suszenia błon i filmów.". S. S. nie zalecał również stosowania względem materiałów o podłożu celuloidowym czystego etanolu - miał on rozpuszczać tzw. plastyfikatory, powodując kruchość podłoża, oraz prowadzić do mlecznego zadymienia emulsji. W artykule zalecane są poniższe stężenia etanolu: * Do płyt - 80%. * Do błon i filmów - 70% Moim skromnym zdaniem, przy dzisiejszych podłożach opartych o octan celulozy, bądź poliester, gdy chodzi głównie o zmniejszenie napięcia powierzchniowego wody, nie zaś przyśpieszenie schnięcia, można zaryzykować i spirytus metylowy - - oczywiście po przetestowaniu na jakieś próbce. Sam zresztą autor "Suszenia..." dopuszcza stosowanie denaturatu, w razie którego zmętnienia przy rozcieńczaniu wodą, zaleca: "odczekać aż męt opadnie na dno naczynia i do suszenia użyć cieczy klarownej." Za swoistą ciekawostkę można uznać omówienie kwestii tzw. "wettings-agents": "Substancje zwilżające do celów fotograficznych nie są w Polsce wyrabiane. [...] Najczęściej spotykanym produktem [za granicą] jest Alborit-sól sodowa kwasu chlorowego". Dodam od siebie że związek ten był nierzadko samodzielnie dodawany przez fotoamatorów do wywoływaczy fabrycznych (o konsekwencjach napiszę być może przy okazji tekstu o przekrojowego o Atomalu/A-49). 3. "Emulsji zgarbowanej nie można poddawać dalszej obróbce chemicznej". W. Tuszko w tekście "Garbowanie emulsji fotograficznej" opublikowanym na łamach "Fotografii" z 1962 (s. 265) polemizuje z powyższym poglądem. Jego zdaniem, po pierwsze emulsja zgarbowana przyjmuje roztwory, a jedynie wolniej nimi nasiąka, a po drugie emulsję zawsze można łatwo odgarbować. W przypadku garbowania formaliną, stosuje się wielokrotne przemywanie w ciepłej wodzie, względnie zimnym, 15% kwasie solnym, błony zgarbowane ałunami odgarbowuje się 5% roztworem kwasu cytrynowego. Tuszko objaśnia również dlaczego względem negatywów wymagających garbowania nie powinno się stosować kąpieli przerywających zawierających hydrokwasy - kwas cytrynowy, mlekowy, octowy, winowy, itp. - - spowalniają one proces garbowania. To samo miało dotyczyć wywoływaczy zawierających hydrokwasy, takich jak choćby Final. Od siebie dodam również, że to samo tyczy się części utrwalaczy szybkich - np. Ilford Rapid Fixer. 4. Inną wartą odnotowania rzeczą w cytowanym już tekście "Utrwalanie" W. Tuszko, są precyzyjniejsze dane o wzroście wydajności utrwalacza przy stosowaniu techniki dwuroztworowej. "Dodajmy, że niektórzy badacze są bardziej wymagający i ostrożni. Tak np. Crabitree podaje iż w jednym litrze utrwalacza można utrwalić (jeśli zależy nam na długotrwałym przechowaniu obrazu) 1,2 negatywu formatu 20x25 przy utrwalaniu jednokąpielowym lub 11 takich negatywów przy utrwalaniu dwukąpielowym. Analogiczne cyfry dla papierów wynoszą 1,3 i 18,5". Fereby |
Fotografia czarno-biała: Sporządzanie U-1
Po moich poprzednich, dość złożonych, głównie teoretycznych tekstach, czas na coś dotyczącego zagadnienia bardzo praktycznego - sporządzania utrwalacza kwaśnego (na bazie tiosiarczanu sodu), z opakowania fabrycznego. Skoncentrujemy się na utrwalaczach produkcji Fomy i 2M, ponieważ te są najpowszechniejsze na naszym rynku. U-1 Fomy można spotkać w opakowaniach na 1 litr i 5 litrów; 2M-UK w opakowaniach na 1, 2 i 5 litrów. Na jakie się zdecydować? Ilość najlepiej dostosować do naszego stylu pracy. Roztwory utrwalaczy są z reguły bardzo trwałe - wedle części literatury w butelkach z ograniczonym dostępem powietrza utrzymują swe właściwości przez co najmniej trzy miesiące, producenci podają z reguły okres półroczny, część literatury nawet roczny. Wedle moich doświadczeń Foma U1 sporządzony w oparciu o wodę destylowaną, w rozcieńczeniu do błon trzymany w brązowej butelce PET, z której częściowo wycisnięto powietrze, utrzymuje formę co najmniej rok (jedno, dwa użycia miesięcznie, kąpiel przerywająca na bazie kwasu octowego, utrwalacz co jakiś czas filtrowany przez watę w celu usunięcia zanieczyszczeń mechanicznych). Dozowane utrwalacze kwaśne w opakowaniach wielolitrowych z reguły są zdecydowanie tańsze niż ta sama ilość rozłożona na opakowania jednolitrowe. Jeśli więc mamy zamiar korzystać z utrwalaczy kwaśnych w procesie pozytywowym, z reguły lepiej zdecydować się na opakowanie 5 litrów - papiery FB i RC bardzo szybko wyczerpują utrwalacz (1-2 metry kwadratowe z litra - 85-170 odbitek 9x13). Z kolei jeśli ktoś utrwala w utrwalaczu kwaśnym wyłącznie błony, miesięcznie jedną-dwie, raczej wystarczy mu opakowanie jednolitrowe (10-20 błon z litra), ewentualnie dwa takie nabyte w półrocznych odstępach czasu, bądź jedno dwulitrowe. Rzecz zależy też od pojemności koreksu - pragnący utrwalać w "Krokus Tank 2000" po pięć-sześć błon naraz muszą dysponować co najmniej 1750 ml roztworu. Do papierów zaleca się z reguły tiosiarczan sodu w rozcieńczeniu 20%, zaś do błon 25%. Z reguły 5 litrowe opakowanie U-1 zaleca się rozpuszczać do 3750, choć 25% to w tym wypadku dokładnie 4000 ml! Z kolei litrowe opakowanie U-1 można równie dobrze dopełnić do 800 ml, a nie 750 ml uzyskując właśnie rozcieńczenie bliższe 25% niż przy tej drugiej objętości końcowej. Nawiasem mówiąc oryginalny fotonowski przepis tego utrwalacza, przewidujący 250 gramów tiosiarczanu sodu, kwaśny siarczyn sodowy w ilości 25 g, przy dopełnieniu do 1000 ml "dla błon" dawał właśnie stężenie tiosiarczanu równe 25%, zaś przy dopełnieniu do 1250 ml desygnowanym do obróbki papierów, równe 20%. Toteż osobom pragnącym utrwalać U-1 w "Krokus Tank 2000" po 5-6 błon, do uzyskania niezbędnych 1700-1750 ml wystarczą dwa opakowania litrowe, względnie odlanie około 1200 ml z pierwotnych 3000 ml (dokładnie będzie to 2/5 roztworu przed dopełnieniem do objętości końcowej) uzyskanego z rozpuszczenia opakowania na 5 litrów. Te trochę ponad 1200 ml (kwestia "trochę ponad" zostanie objaśniona dalej), można spokojnie dopełnić wodą do 1750 ml (zamiast 1500). Uzyskamy w ten sposób około 23% roztwór wodny tiosiarczanu sodu, gdy dla objętości 1500 miałby on nasycenie około 27%, czyli odchyłka od zalecanego 25% jest omalże identyczna. Czasy utrwalania dla tych dwu stężeń powinny być także omalże identyczne (tzn. 10 minut dla błon), oczywiście jeśli ktoś chce mieć stuprocentową pewność, może rzecz po prostu ustalić doświadczalnie, ustalając czas odbielenia zaświetlonego kawałka błony (np. odciętej końcówki), którego dwukrotność jest minimalnym czasem utrwalania danej błony w tym utrwalaczu. Skrócony opis owego testu znajduje się dalej. Pudełko Foma U-1 na 1 litr ma wymiary 95x95x30 mm (czyli tyle co typowe wywoływaczy negatywowych Fomy), 5 litrowe aż 145x145x55 mm. Gdy wyjąć zeń któryś z woreczków i włożyć z powrotem, bywa iż pudełko jeszcze nieco się wybrzusza. Jako znacznie większe od normalnie spotykanych, niekiedy może po prostu nie zmieścić się na naszej półeczce na odczynniki. Gotowe ładunki utrwalacza w proszku, należy przechowywać w suchym i chłodnym miejscu. Przejdźmy teraz do praktyki. Wskazówki odnoszące się bezpośrednio do poszczególnych czynności znajdują się w akapitach oznaczonych gwiazdką (*). Akapity bez takiego znaczka zawierają dodatkowe objaśnienia, pozwalające lepiej zrozumieć pewne rzeczy. Można więc, gdyby komuś się śpieszyło, spokojnie je pominąć i wrócić do nich później. Tak w ogóle, jeśli ktoś nigdy przedtem nie sporządzał jakiegokolwiek roztworu fotograficznego, lepiej by przed zabraniem się za rozpuszczanie dozowanego utrwalacza, uprzednio dokładnie przeczytał CO NAJMNIEJ wszystkie akapity oznaczone gwiazdkami. Jeśli ktoś ma zamiar na bieżąco korzystać z tego tekstu przy sporządzaniu roztworu utrwalacza, powinien go trzymać w bezpiecznej odległości od swego miejsca pracy. Rozlana woda, bądź roztwory mogą po prostu skleić kartki. Co więcej, nasiąknięty utrwalaczem papier, po wyschnięciu ma niemiłą tendencję do pylenia drobinkami tiosiarczanu sodu, mogącymi zanieczyszczać inne roztwory i odczynniki, osiadać na materiałach fotograficznych, itp. Skoncentrujemy się na postępowaniu z opakowaniem U-1 na 5 litrów - sprawiającym więcej problemów osobom początkującym (zresztą większość poniższych uwag da się odnieść również do jednolitrowego). Potrzebne będą: * 2 zlewki, kolby względnie inne naczynia, np. plastykowe kubełki do mieszania farb, najlepiej wyskalowane na zewnętrznych ściankach. Pojemność - co najmniej dwa litry. * Cylinder miarowy (menzurka) o pojemności co najmniej 250 ml. * Termometr o zakresie pomiarowym co najmniej od +10 do +35 stopni Celsjusza. * Lejek laboratoryjny, bądź inny, pasujący do menzurki i butelek. * Pręt szklany (bagietka), ewentualnie coś innego do mieszania (choćby plastykowe jednorazowe łyżki, byle wystarczająco twarde, by nie połamały się przy ewentualnym kruszeniu pirosiarczynu; oczywiście nie należy ich potem używać do potraw). * Butelka, bądź butelki, o pojemności odpowiadającej końcowej objętości płynu, ze szczelnymi zakrętkami. * Podgrzana woda z kranu. Wyposażenie dodatkowe, bardzo przydatne, choć nie niezbędne: * Kuweta lub miednica o rozmiarach wystarczająco dużych, by postawić na jej dnie naczynie do mieszania. * Kawałek waty, ewentualnie coś innego, pomocnego przy oddzielaniu zanieczyszczeń mechanicznych (filtr do kawy, sitko do przesączania farb, etc.). * Kawałek zaświetlonej błony. * Zegarek z sekundnikiem. * Papier i długopis. * Szmata (do wycierania). * Kawałek plastikowej folii, tektury, względnie papier (do podłożenia pod spód - wystarczą nawet zbędne gazety, czy ulotki reklamowe). W trakcie sporządzania roztworu utrwalacza rozsądnie jest założyć fartuch ochronny, czyli jak to ładnie określa Sękowski "mundur chemika". Jeśli się nim nie dysponuje, wystarczy zwykłe ubranie robocze, byle nie tak brudne, że aż się z niego sypie. Można też wdziać rękawice gumowe, wystarczą zwykłe ogrodowe, bądź kuchenne, byle ich potem nie używać przy sporządzaniu potraw, myciu naczyń kuchennych i temu podobnych rzeczach. Z oryginalnej instrukcji via opakowanie 5 litrowe Foma U-1, zdaje się wynikać iż do sporządzenia utrwalacza do błon niezbędne jest nam naczynie o pojemności jakiś 4 litrów, do papierów zaś jeszcze o litr większe. Czy nie można by skorzystać kilku mniejszych naczyń? Można i są na to co najmniej dwa sposoby, pierwszy złożony i wymagający naczyń o łącznej pojemności o co najmniej litr większej niż końcowa ilość płynu oraz prostszy, wymagający naczynia o pojemności około 2/5 końcowej objętości płynu. Dla porządku omówmy pierwszy, nieco mniej wygodny i trudniejszy. Do pięciu litrowych naczyń wlewamy po 600 ml wody. Na odpowiednio dużej czystej deseczce, czy plastikowej płytce usypujemy długą, równej szerokości grobelkę z tiosiarczanu sodu, której długość mierzymy i po podzieleniu wyniku przez pięć, czterema "cięciami" grobelki uzyskujemy pięć mniej więcej równych "odcinków", z których każdy kolejno wsypujemy do osobnego naczynia i rozpuszczamy. Podobnie na pięć części dzielimy pirosiarczyn potasu, każdą "działkę" rozpuszczając w kolejnym z pięciu naczyń zawierających roztwór wodny tiosiarczanu sodu. Mamy teraz roztwór w pięciu naczyniach - niestety w każdym jest rozpuszczona nieco inna ilość utrwalacza i zakwaszacza. Dlatego przelewamy po 300 ml z trzech dowolnych naczyń do szóstego (pustego) naczynia, mieszamy i odlewamy z powrotem. Potem powtarzamy to z dwoma pozostałymi pojemnikami i jednym z już zmieszanych. Winno to w znacznym stopniu zniwelować różnice stężeń, jednak dla większej pewności można 300 ml z każdego pojemnika pobierać do zmieszania 2-3 razy. Jeśli nie dysponujemy szóstym pojemnikiem, można mieszać w jednej przeznaczonych do przechowywania roztworu butelek. Można też przelać z pierwszego naczynia do drugiego 300 ml płynu i zamieszać, potem przelać 300 ml z drugiego do trzeciego i ponownie zamieszać, przelać 300 ml z trzeciego do czwartego, z czwartego do piątego, z tegoż do pierwszego. Dla pewności można jeszcze raz przelewać to 300 ml, w kolejności choćby: 1 do 3, 3 do 5, 5 do 2, 2 do 4, 4 do 1. Na koniec wyrównujemy ilość płynu w całej piątce naczyń (1/5 uzyskanej objętości w każdym). Pojemniki których zawartość przeznaczyć planujemy do utrwalania błon dopełniamy do 750 ml, te do papierów do 1 l (wodą "dolewkową" można przedtem wypłukać naczynie nr 6). Wadą powyższej metody jest jej złożoność i konieczność użycia większej ilości naczyń. Zaletami szybsze rozpuszczanie składników i mniej gwałtowny spadek temperatury wody. Teraz omówię sposób mniej skomplikowany, wymagający mniej naczyń oraz przygotowań. Ponieważ sam osobiście tak właśnie sporządzam utrwalacz, z pięciolitrowego opakowania Foma U-1, w opisie postanowiłem zawrzeć kilka praktycznych wskazówek. Do rozpuszczania i mieszania użyjemy jednego pojemnika o pojemności co najmniej 2000 ml. Dobrze byłoby mieć drugi, o pojemności co najmniej 1 litr (a jeszcze lepiej 2 litry, bądź większy) - unikniemy chodzenia z rozpuszczonym utrwalaczem do kranu i z powrotem. Osobiście używam dwu plastikowych naczyń o pojemności około 2300 ml, pierwotnie przeznaczonych do mieszania farb. Mieszam w sztywniejszym naczyniu "Car System", wodę zaś trzymam w bardziej elastycznym "Colod". Oba mają na ściankach nie tylko w miarę dokładną podziałkę mililitrową, ale nawet linie ułatwiające kontrolowanie właściwych proporcji rozcieńczaniu. Kosztowały po parę złotych, co raczej nie starczyłoby na zlewkę analogicznej pojemności. Oczywiście wody się w nich nie zagotuje, ale podgrzaną do 70 stopni przez łazienkowy piecyk wodę kranową zniosą bez żadnego szwanku. Przyrządzanie utrwalacza powinno nam zająć około godziny (wliczając rozlewanie do naczyń, nie licząc późniejszego mycia wyposażenia). Przygotowujemy siebie i nasze miejsce pracy: * Wkładamy ubranie robocze, rozkładamy folię, tekturę, bądź stare gazety. Na nich kładziemy kuwetę bądź miednicę. * Rozkładamy sprzęt i wyposażenie. * Do jednego z 2000 naczyń wlewamy 2 litry gorącej wody z kranu. * Z naczynia odlewamy około 500 ml wody do drugiego, wstawiamy naczynie do kuwety, sprawdzamy temperaturę pozostałej w nim wody termometrem - jeśli jest wyższa niż 35-30 stopni, czekamy aż spadnie do tego poziomu. W międzyczasie można choćby skontrolować czy rozmieszczenie wyposażenia odpowiada naszym potrzebom, poczynić notatki, etc. Wbrew pozorom 1500 mililitrów wody w zupełności wystarcza do rozpuszczenia 1000 gramów tiosiarczanu sodu - w 100 ml wody rozpuścić można do 90 g, więc w tych 1500 ml dałoby się rozpuścić jeszcze jakieś 350 g. Rzecz jasna potrwa to nieco dłużej, niż w trzech litrach. * Otwieramy - najlepiej nożyczkami, a nie rozrywając - większy, foliowy woreczek zawierający tiosiarczan sodu krystaliczny (duże, przezroczyste kryształy). Wsypujemy niewielką ilość do naczynia z 1500 ml wody i mieszamy szklanym pręcikiem aż się całkowicie rozpuści, wtedy wsypujemy kolejną porcję i znów mieszamy, powtarzając te czynności, rozpuścimy całą zawartość dużego woreczka. W miarę rozpuszczania występuje ciekawe zjawisko -- nieco podniesiony po wsypaniu tiosiarczanu poziom płynu sukcesywnie opada. Jest to spowodowane niejako "wpasowywaniem się" cząstek ciała stałego między cząstki cieczy, w rezultacie czego zajmują razem mniejszą objętość. Podobny proces możemy zaobserwować przy wsypywaniu cukru do herbaty. * Sprawdzamy temperaturę i jeśli spadła poniżej 10 stopni, dolewamy odrobinę ciepłej wody z drugiego naczynia. Jeśli kogoś dziwi, że ciepła woda, w tak krótkim czasie stała się zimniejsza o jakieś 20 stopni Celsjusza, poniżej krótkie wyjaśnienie. Rozpuszczanie ciała stałego w cieczy jest z reguły procesem endotermicznym, czyli potrzebującym energii z zewnątrz. Drgania stosunkowo niezbyt masywnych cząstek cieczy zostają niejako "wyhamowane" zderzeniami ze zdecydowanie masywniejszymi cząstkami ciała stałego. Podobne zjawisko występuje i przy słodzeniu herbaty. Gdy jednak cukier rozpuszczany w herbacie ochładza ją w niewielkim stopniu, rozpuszczanie tiosiarczanu sodu w wodzie odbiera jej ciepło w znacznie większym. Zdarzyło mi się, iż 1500 ml wody, przed rozpuszczeniem tiosiarczanu mające temperaturę 32 stopnie, po rozpuszczeniu miało 12 stopni Celsjusza, przy temperaturze otoczenia 18 stopni - spadek o 20 stopni! Jako swoistą ciekawostkę dodam, że niejako dla odmiany rozpuszczenie napiętej stalowej sprężyny w kwasie powoduje wzrost temperatury kwasu. * Otwieramy mniejszy papierowy woreczek (to ten podpisany "mniejszy woreczek"), zawierający pirosiarczyn potasu. Te małe białe kryształki mają tendencję do zbrylania się w wilgotnym środowisku (i z reguły w papierowym woreczku do tego dochodzi). Większe grudy można pokruszyć jeszcze w woreczku. Wsypujemy małymi porcjami zakwaszacz, intensywnie mieszając, ewentualnie rozgniatając pozostałe bryłki bagietką szklaną (z czym niekiedy mogą być problemy, uwięzione w nich powietrze czasem sprawia, że pływają na powierzchni płynu). Gdyby część pirosiarczynu nie chciała się rozpuścić, można dolać trochę ciepłej wody z drugiego naczynia. W 2M-UK woreczek zawierający zakwaszacz jest plastikowy, co zmniejsza tendencję do zbrylania się pirosiarczynu. * Uzyskaną ilość płynu dopełniamy wodą do ustalonej wcześniej objętości. Jeśli mamy zamiar uzyskać utrwalacz tylko w jednym stężeniu i dysponujemy butelkami o takiej samej objętości, dopełniamy do objętości podzielnej przez ich liczbę. Przykładowo dla 5 butelek litrowych utrwalacza do papierów należy dopełnić roztwór do 2000, 2500, 3000 ml, co da później 400, 500, 600 ml na butelkę. Sprawa komplikuje się nieco przy konieczności równoczesnego uzyskania utrwalacza w rozcieńczeniu do papierów i błon, względnie gdy dysponuje się butelkami różnej pojemności. W pierwszym wypadku liczymy objętość dopełnienia jakbyśmy chcieli cały utrwalacz przeznaczyć do błon, z góry oczywiście zakładając iż część przeznaczoną do papierów potem dopełnimy następnie większą ilością wody (3 części roztworu do błon + 1 część wody). Lepiej już na początku ustalić ilość jednego i drugiego utrwalacza, dostosowując do niego objętość butelek, niż dostosowywać objętość utrwalacza do pojemności butelek - oczywiście gdy dysponuje się butlami harmonijkowymi, które mają zmienną pojemność (w pewnych, oczywista, granicach), rzecz staje się zdecydowanie prostsza. Nie mniejsze kłopoty mogą sprawić butelki o różnej pojemności - trzeba znaleźć wspólny dzielnik. Przykładowo butelki litr i 1,5 l mają się do siebie jak 2 do 3 (wspólny dzielnik - 5). Oznacza to iż butelka 1 l to 2 części, a 1,5 l - 3. Jeśli więc sporządzając roztwór do papierów, dysponujemy dwoma butelkami 1 l i dwoma 1,5 l, razem daje to 2+2+3+3=10 części. Utrwalacz w naczyniu do mieszania należy dopełnić do liczby podzielnej przez 10 - np. 2000 ml. Jedna część w tym wypadku to 2000:10=200 ml. Oczywiście potem do litrowych butelek wlejemy po 2x200=400 ml roztworu z naczynia do mieszania, a do 1,5 litrowych po 3x200=600 ml. Przykład praktyczny: obliczyć dopełnienie dla 2 butelek 1500 ml (błony) i jednej 1000 ml (papiery). W naczyniu do mieszania mieści się maksymalnie 2500 ml roztworu. Jak już wspominano, liczymy jakbyśmy sporządzali wyłącznie roztwór do błon - ma on objętość o 1/4 mniejszą niż stosowany do papierów. Oznacza to że pojemność butli do której wlejemy utrwalacz do papierów zmniejszamy w myślach o 1/4, 1000*0,75=750 ml. 1500 i 750 mają wspólny dzielnik 750. Oznacza to iż jedna butla 750 ml (1000 ml) to 1 część; jedna 1500 to 2 części. Mamy więc 1+2+2=5. Dopełnimy więc do 2000, bądź 2500 ml. Jedna część w pierwszym przypadku wyniesie 400 ml, w drugim 500 ml. Dla przerażonych skomplikowanym opisem parę słów otuchy - to naprawdę bardzo prosta arytmetyka, po krótkim czasie nabiera się takiej wprawy, że części, dzielniki, etc. bez trudu wyznacza się nawet w głowie, bez konieczności sięgania po ołówek i papier. Po za tym dopuszczalne są pewne odchyłki od stężeń bazowych utrwalacza. Utrwalacz do błon powinien mieć stężenie 25 procent, tzn. na litr wody przypadać winno 250 g tiosiarczanu, dla papierów jest to odpowiednio 20% i 200 g. Różnica jednak 1-2% tiosiarczanu w tę czy drugą stronę, nie zmieni w istotnym stopniu właściwości kąpieli. Roztwory wodne tiosiarczanu sodu są bardzo odporne na działanie powietrza, utrwalacz przechowywany w szczelnie zamkniętych, acz zawierających pewną ilość powietrza, butelkach utrzymuje swe parametry co najmniej pół roku, a bywa ponad rok -- ważniejsze od dokładnego wypełnienia jest zlewanie utrwalacza z kuwet jak najszybciej po zakończeniu pracy oraz sumienne zakręcanie butelek. Jeśli ktoś chce być bardzo precyzyjny, przed dolaniem wody może zmierzyć menzurką aktualną objętość roztworu, jeśli naczynie do mieszania jest odpowiednio wyskalowane, nie jest to nieodzowne - wystarczającą dokładność zapewni skala na zewnętrznej ściance naczynia (oczywiście o ile nie jest obarczona bardzo dużym błędem, ale dysponując menzurką można to łatwo przedtem sprawdzić). * Przelej każdej butelki obliczoną wcześniej ilość roztworu. Teoretycznie można to uczynić przelewając bezpośrednio z naczynia użytego do mieszania, spoglądając na skalę na zewnętrznej jego ściance, ale wygodniej robi się to menzurką i lejkiem. * Dopełnij odpowiednią ilością wody (może być zimna z kranu) zawartość każdej butelki, tak by uzyskać odpowiednie do twych potrzeb stężenie tiosiarczanu sodu. Najlepiej tę wodę wlać przedtem do naczynia w którym mieszaliśmy utrwalacz, potem odmierzać używaną przy porcjowaniu roztworu menzurką i lejkiem (wypłucze się w ten sposób część pozostałego na dnie i ściankach roztworu). Objętość wody "dopełniającej" wlewanej do każdej butelki policzyć bardzo łatwo. Wróćmy do przykładu - tiosiarczan sodu (i zakwaszacz) przeznaczony na 5 litrów U-1 rozpuszczono w dwu litrach wody. Zgodnie więc z producenckimi wskazówkami powinieneś dopełnić to 2000 ml do 3750 (błony), bądź do 5000 ml (papiery), tzn. dolać w pierwszym przypadku 1750 ml, a drugim 3000 ml. Roztwór został jednak przedtem podzielony na 5 części po 400 ml, toteż na jedną część utrwalacza do błon winno zostać dolane 350 ml wody, a jedną część przeznaczoną do papierów 600 ml. Z tych 5 części po dwie (800 ml) wlano do 1500 ml butelek z przeznaczeniem do błon, jedną zaś (400 ml), przeznaczoną do utrwalania papierów wlano do butli 1000 ml. Dlatego też do każdej 1,5 l butli winno zostać dolane po 2x350=700 ml (800 i 700 da razem 1500 ml), a do litrowej 1x600=600 ml (400+600=1000 ml). * Jeśli chcesz mieć stuprocentową pewność co do użytkowanych przez siebie odczynników, możesz gotowy już roztwór utrwalacza przetestować. W tym celu należy przelać jego pewną ilość do jakiegoś naczynia (np. kuwety fotograficznej), po czym podgrzać do temperatury 20 stopni Celsjusza. Następnie w płynie częściowo zanurza się kawałek zaświetlonej błony i notuje czas. Jeśli po 5 minutach z emulsja błony stała się przezroczysta, roztwór utrwalacza jest sprawny. Dokładny czas odbielenia emulsji można zanotować - jeśli przy kolejnym teście ulegnie on podwojeniu, oznacza to iż utrwalacz znajduje się już na granicy wyczerpania i lepiej zastąpić go nowym. * Po pracy najlepiej już od razu wymyć pojemniki do mieszania, lejki, bagietki, etc., bo jeszcze mokre wyczyścić zdecydowanie łatwiej od takich, w których zaczęły się już krystalizować resztki substancji chemicznych. Tiosiarczan sodu i pirosiarczyn potasu stosunkowo łatwo wypłukać gorącą wodą, ewentualnie z dodatkiem płynu do mycia naczyń. * W razie rozlania się roztworu utrwalacza, kałużę najlepiej od razu zebrać szmatą, po czym powierzchnię starannie zmyć wodą, ewentualnie z dodatkiem odpowiedniego środka czyszczącego. Zachlapane części ubrań zmywać wodą. W razie oblania się utrwalaczem - umyć dokładnie wodą, najlepiej z mydłem. Zamoczone ubranie wyprać, jeśli robocze, można po jakimś czasie. Tiosiarczan sodu i pirosiarczyn sodu co prawda z reguły nie pozostawiają tak nieprzyjemnych plam, jak wywoływacze, ale po wyschnięciu i skrystalizowaniu zmieniają się w drobny pyłek, mogący przedostawać się do odczynników, osiadać na błonach, etc. * W razie spożycia tiosiarczanu sodu, względnie pirosiarczynu. Oba związki nie są śmiertelnie trujące (podawanie 7% roztworu czystego tiosiarczanu sodu polecano nawet w razie zatruć chlorkiem rtęciowym), jednak nie są obojętne dla zdrowia (zwłaszcza w większych ilościach). Dlatego najlepiej w takim przypadku skorzystać z pomocy lekarza (względnie weterynarza, jeśli chodzi o zwierzęta domowe). Lekarzowi okazać oryginalne opakowanie fabryczne produktu. Fereby |
Fotografia czarno-biała: Utrwalacze
W zasadzie wszyscy wiemy do czego służy utrwalacz i po co go się stosuje (dla początkujących: nadal obecne w emulsji niezredukowane halogenki srebra, czynią ją mało przezroczystą, co utrudniałoby proces kopiowania, co więcej, gdyby je w emulsji pozostawić, rychło obraz srebrowy stałby się kompletnie nieczytelny - w utrwalaniu usuwa się chlorki, jodki i bromki srebra z emulsji światłoczułej), wszakże niektóre kwestie, związane z utrwalaniem, omawiane są w instrukcjach i literaturze przedmiotu w sposób dość zdawkowy. W tekście poniższym, spróbowałem przyjrzeć się kilku z nich. Substancja czynna. Względem substancji czynnej utrwalacza stawiane są dość wyśrubowane wymagania: Obecnie w tej roli są wykorzystywane niemal wyłącznie dwa związki chemiczne: * Tiosiarczan sodu. Występuje zasadniczo w dwu formach - bezwodnej i krystalicznej (uwodnionej). Uwodniona ma wygląd dużych, bezbarwnych kryształów, bezwodna zaś białego proszku. W wypadku zastępowania tiosiarczanu sodowego krystalicznego bezwodnym należy wziąć go 1,6 razy mniej. Tiosiarczan sodu krystaliczny jest stosunkowo trwały - nie jest konieczne trzymanie go w hermetycznych pojemnikach, a jedynie chroniących przed ciepłem (ponad 45 stopni C) i wilgocią. Postać bezwodną lepiej trzymać w hermetycznych pojemnikach ze względu na dużą higroskopijność - wilgoć zawarta w powietrzu zmienia proszek w duże, trudno rozpuszczalne grudy. Roztwór wodny tiosiarczanu sodowego jest dość trwały, jednak powinien być przechowywany w butlach zakorkowanych, by ograniczyć parowanie i kontakt z powietrzem. Do rozpuszczania tiosiarczanu sodu można używać zwykłej wody wodociągowej (zresztą właściwie każdej w miarę klarownej - także studziennej), jeśli jednak mamy zamiar użyć sporządzanego roztworu do utrwalania błon, lepiej by była przefiltrowana z zanieczyszczeń mechanicznych, bądź odstana. Analogiczne zasady postępowania odnoszą się także do wody silnie zanieczyszczonej związkami żelaza. Z reguły przy sporządzaniu utrwalacza wykorzystuje się wodę podgrzaną do 40 stopni Celsjusza - rozpuszczanie tiosiarczanu sodowego jest bardzo endotermiczne i temperatura roztworu mogłaby spaść nawet poniżej 10 stopni C, bardzo spowalniając dalsze rozpuszczanie. * Tiosiarczan amonu Ta substancja czynna utrwalaczy szybkich z wyglądu przypomina tiosiarczan sodu bezwodny. Jest stosunkowa trwała, także w roztworach choć (podobno) mniej od tiosiarczanu sodu. Ze względu na dużą higroskopijność tiosiarczan amonu należy przechowywać w hermetycznych pojemnikach. Dawniej utrwalacze szybkie sporządzano także na bazie rodanku amonu - działającego nawet szybciej od tiosiarczanu amonu. Niestety, rodanek amonu nawet przy nieznacznym przedłużeniu procesu utrwalania, ma zdecydowanie destrukcyjny wpływ na obraz srebrowy. Mimo tej wady, tego rodzaju ultraszybkie utrwalacze przez jakiś czas stosowano w fotografii prasowej, gdzie uczynione przezeń szkody w półtonach (większość ówczesnych gazet drukowano na tanim papierze i tanimi farbami drukarskimi, co praktycznie skazywało na autotypię, najlepiej reprodukującą fotogramy kontrastowe i nie obfitujące w szczegóły), obok wzrostu kontrastu i ziarna wywołanego energicznymi wywoływaczami (rzadko zachodziła potrzeba powiększenia większego niż 2-3 krotne z kadru 6x9 cm), miały zdecydowanie mniejsze znaczenie, niż potencjalna możliwość uprzedzenia konkurencji. Wprowadzenie wywoływaczy utrwalających, a następnie popularyzacja błon małoobrazkowych wyrugowały z tej gałęzi fotografii rodanek amonu (wraz zresztą z konkurencyjnymi procesami opartymi o garbowanie emulsji). Substancja ta nadal bywa wykorzystywana w obróbce odwracalnej (pierwszy wywoływacz), właśnie ze względu na jej skłonność do rozpuszczania obrazu srebrowego. Dodatki Podobnie jak w wypadku wywoływaczy, w procesie czarno-białym nieczęsto spotykamy obecnie kąpiele utrwalające składające się wyłącznie z tiosiarczanu sodu, bądź tiosiarczanu amonu. Dodatki powyższe mają różne funkcje - na ogół przyśpieszające, zakwaszające bądź garbujące. Utrwalanie w roztworach tiosiarczanu sodu znacznie przyśpiesza dodatek związków amonu. Najczęściej w tej roli wykorzystuje się chlorek amonu (mający postać białych kryształków, łatwo rozpuszczalnych w wodzie). "Przyśpieszona" w ten sposób kąpiel jest (podobno) jednak mniej trwała i nie tak szybka jak te oparte na tiosiarczanie amonu. Przez długi czas w fotografii używano obojętnych (niezakwaszonych) roztworów tiosiarczanu sodu. Niestety, przenoszone wraz z materiałami światłoczułymi resztki wywoływacza powodowały niepożądany wzrost PH utrwalacza i szybsze wyczerpywanie się roztworu. Co więcej postępujące jeszcze przez jakiś czas wywoływanie emulsji światłoczułej w utrwalaczu owocowało plamami i zabarwieniem dwubarwnym. Gdy okazało się że płukanie wywołanej błony w wodzie nie rozwiązuje całkowicie problemu, zaczęto stosować utrwalacze kwaśne. Jako że tiosiarczan sodowy rozkłada się pod wpływem kwasów, do obniżania PH jego roztworów wykorzystuje się najczęściej kwaśny siarczyn sodowy lub pirosiarczyn potasowy. Kwaśny siarczyn sodowy ma postać białego proszku łatwo rozpuszczalnego w wodzie. Jego roztwory wodne są trwałe, jednak należy przechowywać je w zamkniętych korkiem gumowym butelkach. Dawniej fotografowie uzyskiwali roztwory wodne kwaśnego siarczynu sodu (oraz soli użytego kwasu) oddziałując rozcieńczonym kwasem (najczęściej siarkowym lub octowym) na roztwór wodny siarczynu sodowego. Obecnie jest to rzadko stosowane, ze względu na konieczność przeprowadzania inkryminowanej reakcji na świeżym powietrzu. Najpierw sporządza się roztwór wodny siarczynu sodowego, do którego następnie powoli dodaje się kwas (siarkowy - kroplami). Wydzielają się przy tym duże ilości dwutlenku siarki - szkodliwego dla zdrowia gazu o zapachu spalonej gumy. Powstały w ten sposób roztwór wodny kwaśnego siarczynu sodowego, wlewa się po schłodzeniu do 20-25 stopni, do roztworu wodnego tiosiarczanu sodu. Pirosiarczyn potasu ma postać bezbarwnych kryształów, trudno rozpuszczalnych w wodzie. Roztwory wodne są trwałe, jednak należy je przechowywać w butlach z doszlifowanym korkiem szklanym. Obecnie jest najczęściej używaną substancją zakwaszającą utrwalacze. Siarczyn sodowy bezwodny ma postać białego proszku, a krystaliczny bezbarwnych kryształów. Roztwory wodne są trwałe, jednak należy je przechowywać w butelkach zamkniętych korkiem gumowym. Dodawanie go do utrwalaczy ma na celu zneutralizowanie resztek kwasu przenoszonych z kąpieli przerywającej w emulsji światłoczułej, (ewentualnie uzyskanie roztworu buforującego niezbędnego dla utrwalaczy garbujących). Bezwodny siarczyn sodu można zastępować krystalicznym - zamiast każdego grama formy bezwodnej bierze się dwa gramy uwodnionej (krystalicznej). Jeśli mowa o kolejności rozpuszczania składników, względem tiosiarczanu sodu i zakwaszaczy literatura podaje sprzeczne dane. Zapewne kolejność rozpuszczania jest obojętna, ponieważ kwaśny siarczyn sodowy i pirosiarczyn potasu podczas sporządzana roztworu nie odziaływują specjalnie z tiosiarczanem sodu, służąc jedynie uzyskaniu właściwego PH (rzędu 4-5); nie przeszkadzają też w rozpuszczaniu tiosiarczanu sodu i vice versa. Woda o temperaturze 40 stopni, też im chyba nie szkodzi (ponownie kompletny brak omówienia problemu w literaturze). Mokra emulsja żelatynowa jest bardzo wrażliwa na uszkodzenia. W odróżnieniu od fotografów pracujących w tropikach, którzy z oczywistych względów musieli garbować emulsję światłoczułą przed wywołaniem, w fotografii prasowej oraz kinematografii garbowano głównie podczas procesu utrwalania. W fotografii prasowej garbowanie uchodziło nie tylko za szybsze, ale i bezpieczniejsze rozwiązanie od suszenia błon w podwyższonej temperaturze, grożącego spłynięciem emulsji. Z kolei w kinematografii, co najmniej równie często stosowano oddzielną kąpiel, by ostatecznie nie zamykać możliwości dodatkowej obróbki wywołanej błony. Głównym celem garbowania była tu ochrona przed ciepłem (filtry w projektorach nie były tak doskonałe jak dziś). Z kolei w prasie emulsję garbowano dla zyskania na czasie - mokry, tylko lekko opłukany z utrwalacza, negatyw można było od razu włożyć do ramki powiększalnika. Szybki wywoływacz i utrwalacz garbujący pozwalały cały proces od początku wywołania, do naświetlenia pierwszej odbitki zmieścić nawet w mniej niż 5 minutach! Potem negatyw normalnie płukano i suszono. Dodatkową zaletą takiej obróbki była możliwość suszenia zgarbowanej emulsji podwyższonej temperaturze. Wadą - konieczność czyszczenia ramki negatywowej powiększalnika (używano ramek szybkowych). Obecnie znaczenie garbowania w fotografii jest zdecydowanie mniejsze. Utrwalanie garbujące można zastosować względem przezroczy czarno-białych. Jeśli jednak chcemy wzmacniać, osłabiać, bądź zabarwić choćby część slajdów znajdujących się na obrabianym kawałku błony, należy zrezygnować z garbowania w utrwalaczu i po przeprowadzeniu obróbki uzupełniającej, skorzystać z oddzielnej kąpieli garbującej (np. opartej na stosunkowo obecnie najłatwiej dostępnym roztworze wodnym aldehydu kwasu mrówkowego - formalinie). Tak przy okazji, w każdym przypadku należy rozważyć konieczność tego zabiegu - współczesne emulsje są już i tak częściowo zgarbowane, filtry cieplne w projektorach zdecydowanie bardziej niezawodne, a odgarbowywanie tak samo kłopotliwe i niepewne jak pół wieku temu. Moje doświadczenia z przezroczami uzyskanymi kopiowaniem optycznym na błonie HP5+ i rzutnikiem Diapol nie wykazały dostrzegalnych zmian w przezroczu, w tym również przy bardzo nagrzanym projektorze i ponad minutowej projekcji. W utrwalaczach garbujących żelatynę emulsji utwardza się z reguły ałunem chromowo-potasowym (chromowym), glinowo- potasowym, względnie glinowo-amonowym. Ałun chromowo-potasowy (siarczan chromowo-potasowy) ma postać czerwonego, bądź zielonego proszku. Roztwory wodne są trwałe i można je długo przechowywać. Ałun glinowo-potasowy (siarczan glinowo-potasowy) ma wygląd białego proszku, bądź bezbarwnych kryształów. Roztwory wodne są trwałe i można je długo przechowywać. Ałun glinowo-amonowy (siarczan glinowo-amonowy) ma postać bezbarwnego proszku. Podobnie jak w dwu poprzednich wypadkach roztwory wodne są trwałe. Ałunów używa się z reguły z mieszaninami buforowymi, powstałymi poprzez zobojętnienie kwasu (najczęściej octowego bądź siarkowego) siarczynem sodowym. Najlepiej funkcjonują przy PH roztworu równym 4. Część literatury sugeruje że dodanie do utrwalacza ałunów powoduje około dwukrotne skrócenie czasu trwałości roztworu. Stosunkowo rzadko do sporządzania utrwalaczy garbujących używa się formaliny (Aldehyd kwasu mrówkowego) - bezbarwnej cieczy o charakterystycznej woni. Okres przechowywania roztworu wodnego teoretycznie jest nieograniczony, wszakże lepiej używać butelek ze szczelnym korkiem gumowym, dla zapobieżenia ulatnianiu się oparów - TRUCIZNA! Kilka przepisów na utrwalacze: Woda 700 ml Foton U 1 Powyższe rozcieńczenie zalecane było do błon - do utrwalania papierów dopełnia się wodą do 1250 ml. Woda 700 ml Utrwalacz szybki z chlorkiem amonowym Utrwalacze szybko pracujące z tiosiarczanem amonu Woda 700 ml Prawdopodobnie jest to również utrwalacz garbujący. Nie wiem, czy nie lepiej byłoby tu połączyć siarczyn sodu z kwasem siarkowym w oddzielnym naczyniu na świeżym powietrzu i dopiero po zneutralizowaniu kwasu oraz schłodzeniu do temperatury pokojowej wlać tak uzyskany płyn do roztworu tiosiarczanu amonu. Utrwalacz garbujący z formaliną Roztwór garbujący dodawany do utrwalacza: Powyższy roztwór dodaje się tuż przed użyciem do 25% roztworu wodnego tiosiarczanu sodu w stosunku 1+8. Wydajność Przejdźmy teraz do kwestii wydajności. Jest ona dość zagmatwana - przykładowo w litrze U1 można utrwalić 20 błon (zdaniem Fotonu), 15 (Foma), albo zaledwie 10 (Z. Pękosławski). Nawet jeśli założymy że Foma i Foton mają na myśli odpowiednio litr U1 do papierów (tzn. 0,75 l do błon) i litr U1 do błon (tzn. 1,25 l do papierów), rozbieżność z Pękosławskim wynosi ponad 30%. Przyczyną tego zamieszania są zdecydowanie bardziej skomplikowane (niż w przypadku choćby wywoływaczy) kryteria ustalania przydatności roztworu utrwalacza do użycia. Otóż musi robić trzy różne, luźno powiązane z sobą rzeczy: * zamieniać nienaświetlone halogenki srebra w sole srebra rozpuszczalne w wodzie. * przyjmować te sole z błony. * przyjmować produkty rozkładu wywoływacza, które nie zostały do końca usunięte z błony w kąpieli przerywającej. Szybkość zamiany halogenków w sole jest zależna od stężenia substancji utrwalającej. Dla dyfuzji tych soli z błony do roztworu kluczową kwestią jest natomiast nasycenie wody rozpuszczonymi w niej substancjami. Utrwalanie można podzielić na dwie trwające mniej więcej tyle samo fazy. Najpierw substancja czynna dyfunduje do warstwy światłoczułej. Oddziaływując na nienaświetlone halogenkami srebra tworzy tiosiarczan sodowo-srebrowy. W drugiej fazie procesu utrwalania, ta sól srebra trudno rozpuszczalna w wodzie, zostaje przez kolejne porcje tiosiarczanu sodu przekształcona w dwutiosiarczanosrebrzan sodowy - zdecydowanie łatwiej rozpuszczalny w wodzie. Dalsze oddziaływanie tiosiarczanu sodu zmienia ten związek w trójtiosiarczanosrebrzan sodu, zespoloną sól srebra łatwo rozpuszczalną w wodzie. W wypadku błon (czy płyt szklanych) obie fazy utrwalania można stosunkowo łatwo rozróżnić - w pierwszej błona posiada mleczne zabarwienie, które zanika na początku drugiej fazy. Jeśli mowa o papierach światłoczułych, podobne zjawisko nie jest dostrzegalne. Szybkość przemian chemicznych w utrwalaczu zależy od temperatury - typowy utrwalacz o zawartości 200 g tiosiarczanu sodu w litrze przy 25 stopniach Celsjusza utrwala prawie dwukrotnie szybciej niż w temperaturze 20 stopni. Powstałe w drugiej fazie sole srebra cały czas dyfundują z błony do roztworu utrwalacza. Prędkość dyfuzji zależy od ilości rozpuszczonych w wodzie substancji, oraz temperatury. W miarę zużycia w kąpieli utrwalającej gromadzą się produkty reakcji składowych substancji wywoływacza, żelatyna i produkty jej hydrolizy. Przenoszone są także spore ilości kwasu z kąpieli przerywającej (o ile jest stosowana). Z każdym kolejnym utrwalaniem, wszystko to razem, coraz bardziej utrudnia dyfuzję związków srebra z błony do roztworu. Rozpuszczalność ciał stałych w cieczach wzrasta wraz z podnoszeniem ciepłoty roztworu, dlatego wyższa temperatura kąpieli utrwalającej, obok przyśpieszenia chemicznego procesu przemiany halogenków w sole srebra, ułatwia również fizyczny proces dyfuzji tych drugich z błony do roztworu. Dlatego też, zależącą od wielu niemożliwych do określenia czynników (wpływ mogą mieć nawet indywidualne cechy błony np. większa nasiąkliwość ułatwia "przynoszenie" przerywacza, ale równocześnie ułatwia wnikanie substancji czynnej w emulsję), sprawia, iż ilość materiałów światłoczułych, po której obrobieniu utrwalacz staje się niezdatny do pracy, trudno ustalić ze specjalną precyzją. Przykładowo w utrwalaczu o zawartości 200 g, tiosiarczanu sodu w litrze, utrwalić można 40 powiększeń 13x18, wszakże liczba ta może oscylować zarówno nieco w górę, jak i dół. {mospagebreak} Testy Jeśli mowa o metodach sprawdzania przydatności utrwalacza do użycia, istnieje parę trudnych i skomplikowanych oraz jedna łatwy i niezawodna. Niektórzy (np. Ilford) zalecają stałą kontrolę aerometrem (gęstościomierzem) kąpieli utrwalających swego wyrobu. Niestety, powyższe postępowanie przeciętnemu fotoamatorowi ogólnie średnio by się opłaciło, ze względu choćby na samą cenę tego rodzaju przyrządów (nawet rzędu paruset złotych - choć używane czasem można kupić taniej). Co więcej taki test może okazać się zawodny - niektóre podlewy przeciwodblaskowe błon i rozpuszczona żelatyna mogą zwiększać gęstość roztworu, nie obniżając w stopniu krytycznym jego właściwości utrwalających. Powszechnie spotykana w literaturze jest kontrola ilości srebra w utrwalaczu roztworem jodku potasu - opisana już w recenzji Ilford Rapid Fixer. Kolejnym wskaźnikiem przydatności utrwalacza do użycia jest jego PH - na ogół sprawdza się je papierkami lakmusowymi, bądź specjalnymi roztworami indykatorów zakwaszenia (prosta i znana powszechnie metoda miareczkowania, byłaby tu chyba zbyt mało dokładna). Zbyt niskie względnie zbyt wysokie PH roztworu poważnie spowalnia (bądź całkowicie powstrzymuje) proces utrwalania. Utrwalacz o zbyt wysokim PH wystarczy wszakże na nowo zakwasić, a w razie zbyt niskiego zobojętnić część kwasu w roztworze, by kąpiel ponownie nadawała się do użytku. Stosunkowo najprostszy i wystarczająco wiarygodny test polega na zanurzeniu kawałka zaświetlonej błony w testowanej kąpieli. Co prawda był już omawiany w recenzji Ilford Rapid Fixer, jednak ze względu na jego znaczenie zamieszczę jego opis ponownie, tym razem "w wersji maksimum". Najpierw sprawdzamy czy temperatura testowanego utrwalacza odpowiada stosowanej przez nas w obróbce (np. 20 stopni C), po czym ewentualnie ją korygujemy. Kawałek zaświetlonej błony skrapiamy niewielką ilością testowanego utrwalacza i zostawiamy na parę minut. Notujemy czas i zanurzamy kawałek w kąpieli utrwalającej (nie musi być umieszczony w utrwalaczu w całości, wystarczy część zawierającą skropiony fragment) przez połowę czasu utrwalenia dla danego typu błony. Dla większości błon w utrwalaczach na bazie tiosiarczanu sodu będzie to 4-5 minut. Fragment wyjętej z kąpieli błony powinien być przezroczysty. Dla pewności miejsce skropienia porównujemy z otaczającą je emulsją - jeśli nie ma między nimi wyraźnej różnicy, oznacza że testowany utrwalacz jest wystarczająco aktywny by go z powodzeniem użytkować. Czas utrwalania danej błony można sprawdzić tą metodą - nadaje się do tego wyłącznie świeży utrwalacz. Zaświetlony kawałek błony kroi się na kilka mniejszych fragmentów, skrapia każdy z nich, sprawdza temperaturę, notuje się ją wraz z czasem i wszystkie równocześnie zanurza w utrwalaczu. Pierwszy fragment wyjmuje się po minucie, drugi po 2 minutach, trzeci po trzech, czwarty po czterech, piąty po pięciu. Kontroli podlega przezroczystość każdej z próbek - podwojony czas pierwszej odbielonej, jest czasem utrwalania błony w tym utrwalaczu. Np. gdyby był to fragment nr 4, czas wynosi 8 minut. Jeśli niezbędna jest większa dokładność, test można powtórzyć poddając działaniu testowanej kąpieli kolejną próbkę na czas o pół minuty krótszy niż użyty względem pierwszego całkowicie przezroczystego fragmentu - np. skoro "trójka" nie była całkowicie odbielona, a "czwórka" tak, używamy czasu 3,5 minuty. Przy takim przeprowadzaniu testu, polecane jest uprzednie skropienie błony utrwalaczem, by mieć stuprocentową pewność, iż zanurzony w roztworze fragment błony uległ całkowitemu odbieleniu. Analogiczne postępujemy w wypadku gdyby okazało się że już pierwsza (1 minuta) próbka jest przezroczysta, ewentualnie żadna z próbek nie została do końca odbielona. W pierwszym wypadku skracamy czas zanurzenia do trzydziestu sekund i czterdziestu pięciu, w drugim przedłużamy do 6, 7 i 8 minut. Oba powyższe wypadki są jednak mało prawdopodobne dla ŚWIEÂŻEGO utrwalacza, na bazie tiosiarczanu sodu, bądź tiosiarczanu amonu. Próbki ewentualnie można zachować, choć ważniejsze jest notowanie wyników na bieżąco (przekręca i zapomina się z reguły bardzo szybko). Przy czasach ustalonych tą metodą, utrwalacz nadaje się do użycia, dopóki czas uzyskania przezroczystości testowanego typu błony nie podwoi się. W omawianym przypadku byłoby to 2x4=8 minut. Na czym oparta jest powyższa metoda? Substancja czynna utrwalacza rozkłada niezredukowane do srebra metalicznego halogenki, niezależnie czy otrzymały one jakąkolwiek ekspozycję, czy też nie. Tak więc że skrawek błony użyty do testu zawiera nie wywołany obraz utajony (o ile można tak nazywać kompletne, wielokrotne prześwietlenie), nie ma większego znaczenia - w kąpieli zachodzą dokładnie te same procesy co w koreksie względem błony normalnie naświetlonej, wywołanej i nieutrwalonej. Tak samo niezredukowany przez wywoływacz bromek srebra zmienia się w tiosiarczan sodowo- srebrowy, a następnie w dwu i trójtiosiarczanosrebrzan sodowy. Analogicznie zachodzą też procesy fizyczne - dyfuzja kompleksowych soli srebra z błony do roztworu. Kąpiele przerywające Kolejne oboczne, acz dość istotne kwestie wiążą się ze stosowaniem kąpieli przerywającej. Jej rola, przepisy etc. były podane w dotyczącym ich, jednym z poprzednich tekstów, dlatego też ograniczę się tu do wyłącznie do praktyki. Producenci wszelakich "stop bath" i "citro" czasem w swych materiałach zachwalają, że znajdujący się w składzie produktu indykator sygnalizujący zużycie kąpieli "będzie niezwykle przydatny podczas obróbki papierów w kuwetach". Otóż bynajmniej nie jest to takie proste! Z reguły przez większość czasu pracy fotoamatora, ciemnia oświetlona jest kolorowym światłem nieaktynicznym. Ma ono tę niemiłą przypadłość, że zafałszowuje barwy - dotyczy to nawet w pewnym stopniu światła lamp diodowych (choć oczywiście w znacznie mniejszym stopniu niż np. czerwonych żarówek ciemniowych). Kolejnym utrudnieniem jest kwestia koloru stosowanych kuwet. Wielu fotoamatorów przeznacza dla przerywacza kuwetę o barwie czerwonej (analogia z czerwonym światłem), zdecydowanie utrudniającą dostrzeżenie "zaczerwienienia" np. Ilfordstop. Inni z kolei korzystają z kuwety o niebieskiej, bądź fioletowej (analogia z wodą), co z kolei mogłoby praktycznie uniemożliwić dostrzeżenie niebieskiej barwy indykatora Fomacitro. Natomiast w zalecanych czasem kuwetach o barwie czarnej, trudno w ogóle dojrzeć jakikolwiek kolor, nawet w świetle białym. Wszystko to wymuszałoby stosowanie przezroczystych, białych, jasnoszarych, w ostateczności co najwyżej lekko pastelowych barw kuwet i periodycznej kontroli przerywacza w świetle białym. Jeśli ktoś stosuje typowe utrwalanie z liczeniem odbitek, to w ciemni polecałbym kąpiele przerywające bez indykatorów (np. Ilfordstop Pro, którego dodatkową zaletą jest większą w porównaniu do swego odpowiednika z indykatorem - Ilfordstop - wydajność). Jeśli ktoś jednak zdecydowany jest stosować w procesie pozytywowym fabryczne przerywacze z indykatorami, pragnąć równocześnie zminimalizować ryzyko pomyłki wywołanej światłem ciemniowym, względnie kolorem kuwet, może po prostu przelewać odrobinkę płynu z kuwety z kąpielą przerywającą do probówki, czy nawet białej zakrętki po butelkach PET, dla dokonania oceny zabarwnienia próbki w świetle białym. Oczywiście należy napomknąć, że "przepuszczenie" przez wyczerpany przerywacz niewielkiej liczby odbitek, na ogół nie owocuje tak negatywnymi następstwami jak przez zużyty utrwalacz - ten ostatni z reguły zawiera zakwaszacz, mogący w pewnym stopniu wesprzeć wypracowaną kąpiel przerywającą, a także sporą ilość... kąpieli przerywającej, przeniesioną wraz z odbitkami. Co więcej odbitki na których wystąpiło zabarwienie dwubarwne, przeważnie da się po prostu powtórzyć. Rzecz jasna nie oznacza to zachęty do ignorowania stopnia zużycia kąpieli przerywającej w procesie pozytywowym - zniszczenie w ten sposób kilkudziesięciu odbitek potrafi naprawdę zirytować. Natomiast jeśli chodzi o obróbkę negatywową błon czarno- białych w tankach i koreksach, indykatory fabrycznych kąpieli przerywających sprawdzają się znacznie lepiej - przezroczyste zlewki, kolby, butelki oraz białe światło, właściwie wykluczają możliwość pomyłki, kwestia wydajności zaś schodzi na plan dalszy (zresztą typowy fotoamator rzadko obrabia kilkanaście błon w mniej niż parę miesięcy; sto kilkadziesiąt odbitek wywołać można nawet w jeden dzień). Inną zaletą jest również większa czystość pracy, niż w wypadku płukania pośredniego. Oczywiście płyn przed każdym użyciem należy przelać do przezroczystego naczynia i ewentualnie odsączyć stałe zanieczyszczenia. To samo dotyczy również wielorazowej kąpieli sporządzonej na bazie kwasu octowego. Tak czy siak, najtańsze i najwydajniejsze są właśnie przerywacze na kwasie octowym. W litrze 2% kwasu octowego obrobić można około 150 odbitek 13x18 o podłożu papierowym, 300 takich samych na podłożu polietylenowym. Minimalna wydajność względem błon wynosi prawdopodobnie 30-35 sztuk (kompletny brak omówienia problemu w literaturze). W wypadku wszakże szczególnie wyśrubowanych wymagań względem czystości pracy w procesie negatywowym, można zastosować kąpiel jednorazową - sporządzamy bezpośrednio przed użyciem 1% roztwór kwasu octowego w potrzebnej nam w obróbce objętości. Po jednokrotnym wykorzystaniu wylewamy. Technika dwuroztworowa. Drobne uzupełnienie dotyczące dwuroztworowej techniki utrwalania. Na początek rys historyczny. Do lat 60. tego rodzaju metody omawiano w prasie i literaturze fachowej stosunkowo rzadko. W latach 70. i 80. wszakże to się zmieniło i inkryminowane lekarstwo na "trudności obiektywne" zyskało sobie pewną popularność. Owa tendencja była odzwierciedleniem sytuacji na rynku - za Bieruta czasami występowały braki utrwalacza, za Gomułki często, za Gierka i Jaruzelskiego praktycznie już bez przerwy, mimo apeli popularyzatorów fotografii i tekstów "Co się dzieje z utrwalaczem?". Jeden ze starych numerów "Foto", przynosi banalne w swej prostocie wyjaśnienie. Przez omalże cały okres PRL, tiosiarczan sodu produkowała tylko jedna wytwórnia, na początku lat 80. zamknięta z powodu notorycznych awarii wysłużonego sprzętu i problemów jakościowych. Nie bez znaczenia była też likwidacja zakładów przemysłu regionalnego (za Gierka), powodująca w dalszej perspektywie konieczność importu nawet spinaczy biurowych! Braki utrwalacza także usiłowano zaspokoić importem - szkopuł w tym, że w przeciwieństwie do spinaczy (ale też tylko do pewnego stopnia), nasi przyjaciele z RWPG bynajmniej nie mieli tiosiarczanu sodu i tiosiarczanu amonu w nadmiarze (a jeśli nawet mieli, względnie wolne moce produkcyjne, woleli eksportować do II obszaru płatniczego), większe zakupy w EWG, czy USA nie wchodziły zaś w grę z przyczyny "braku dewiz". W rezultacie import nigdy nie pokrywał zapotrzebowania, na dodatek w dużej części importowane chemikalia fotograficzne przydzielano "odbiorcy uspołecznionemu" (względnie "organom porządku publicznego", by było jak udokumentować choćby "nielegalne zbiegowiska"). Fotoamatorzy musieli więc U1, czy U2 sobie wychodzić (po znajomości w szpitalu, szkole filmowej, spółdzielni pracy artystycznej, etc.), względnie wystać (w "Fotooptyce"), a potem już nawet nie oszczędzać, tylko ciułać, baczyć na każdą, najmniejszą nawet oszczędność w zużyciu iście bezcennego roztworu. Nota bene, było to jedno z wielu kuriosów tamtych czasów - Polska Ludowa, szczycąca się wydobyciem ogromnych ilości węgla i siarki, z wielkim, szczodrze dotowanym przemysłem chemicznym, nie była w stanie wytworzyć w adekwatnej potrzebom rynku ilości, jednej z tańszych i łatwiejszych w produkcji substancji. Wróćmy wszakże do kwestii technicznych - co nastąpi jeśli ilość substancji czynnej w utrwalaczu będzie zbyt mała? Cały proces ulegnie spowolnieniu, ponadto część tiosiarczanu sodowo-srebrowego może nie zostać przekształcona, co utrudni, a nawet uniemożliwi całkowite wypłukanie produktów rozkładu halogenków srebra z emulsji. Jeśli jednak włożyć taką błonę do świeżego utrwalacza, proces zamiany w dwu i trójtiosiarczanosrebrzan sodu ulegnie wznowieniu. Mniej więcej to samo dotyczy, głównego i bardzo istotnego składnika roztworu utrwalającego - wody. W rezultacie każdego kolejnego utrwalania, sukcesywnie wzrasta nasycenie kompleksowymi solami srebra (oraz różnymi odpadami obróbki, o czym była już mowa). W pewnej chwili roztwór nie jest w stanie przyjąć kolejnej porcji soli srebra z błony - minimalna różnica stężeń między ośrodkami czyni dyfuzję bardzo utrudnioną. Sole srebra, cząstki zanieczyszczeń, w nadmiarze już obecne w tej "zupie", praktycznie uniemożliwiają wydostanie się przekształconym solom srebra z błony, a nawet potrafią te, które jednak wydostać się zdołały, wepchnąć z powrotem w emulsję! Gdy jednak włożyć taką błonę do roztworu nie zawierającego, względnie zawierającego niewielką ilość kompleksowych soli srebra oraz zanieczyszczeń, proces dyfuzji produktów utrwalania z błony do roztworu zacznie zachodzić na nowo i po jakimś czasie ich stężenie w emulsji fotograficznej spadnie do akceptowalnych wartości. Pierwszy, zużyty utrwalacz, zawiera wystarczającą ilość tiosiarczanu sodu, by zamienić nienaświetlony bromek srebra w tiosiarczan sodowo-srebrowy, ale zbyt małą by przeprowadzić jego dalszą zamianę w dwu i trójtiosiarczanosrebrzan sodowy, sam roztwór zaś jest w takim stopniu nasycony, że nie przyjmuje tych rozpuszczalnych w wodzie związków srebra, które jednak zdołały powstać. Drugi, nowy utrwalacz, ma jedynie przekształcić tiosiarczan sodowo- -srebrowy w sole srebra lepiej rozpuszczalne w wodzie, oraz zapewnić szybkie i całkowite wydyfundowanie tychże związków z emulsji fotograficznej - zrozumiałe więc że zużywa się mniej. W pewnym uproszczeniu można więc przyjąć, że cały dowcip tej metody polega na tym, iż w bardzo zużytym utrwalaczu przeprowadzamy pierwszą fazę utrwalania. Roztwór zaś świeży, kończy dzieło rozpoczęte przez swego poprzednika, wykonując zań całą drugą fazę procesu, której tamten, z racji swego wyczerpania, ukończyć nie był w stanie. Mówiąc alegorycznie - dwóch, wykonujących tę samą pracę, zmęczy się mniej niż jeden. "Jednoworeczkowiec". W PRL lat 70. ładunki gotowego utrwalacza sprzedawano na ogół w wersji "jednoworeczkowej". Był to najpewniej pomysł, któregoś z licznych w czasach Gierka, "racjonalizatorów". Skoro recepty fotograficzne zezwalają na rozpuszczanie kwaśnego siarczynu sodowego tak przed, jak po tiosiarczanie sodu - dlaczego by tych dwu proszków po prostu nie zmieszać? Przecież się nie pogryzą, może i "trudności obiektywnych na odcinku utrwalaczy" to nie zakończy, ale za to problem "nierytmicznych dostaw" woreczków foliowych (także pokłosie zarządzonej przez ekipę Gierka likwidacji zakładów przemysłu terenowego) na rynek krajowy ulegnie częściowemu rozwiązaniu. Osoby korzystające z takich "jednoworeczkowych" U-1 wspominają że po rozpuszczeniu utrwalacz notorycznie się zasiarczał. Użycie wody destylowanej nic nie pomagało - uzyskanie nadającego się do użytku roztworu wymagało pewnej dozy szczęścia i bardzo powolnego rozpuszczania zawartości opakowania. Moje testy na znalezionym w piwnicy, oryginalnym opakowaniu "Foton U1" w pełni potwierdzają powyższe. Przyczynę trudno ustalić - być może któryś z składników został zanieczyszczony podczas produkcji. Zasiarczony utrwalacz staje się mętny, a po jakimś czasie zobaczyć można pływające w nim białe drobinki. Używanie takiego roztworu do pracy nie jest dobrym rozwiązaniem - efektem może być kolekcja żółtych plam na powiększeniach i negatywach. Lekko zasiarczony utrwalacz można niekiedy uratować - należy odczekać jakiś czas (z reguły dzień, lub parę dni), aż mikroskopijne koloidalne cząstki siarki, zbiją się w większe i zaczną osiadać na dnie i ściankach. Następnie roztwór filtrujemy przez sączek, względnie zwitek waty (filtrowanie samego zmętnienia nie ma sensu - cząstki siarki natychmiast po wytrąceniu się, z łatwością przenikają między porami bibuły, względnie włókienkami bawełny), aż płyn stanie się klarowny. Butelkę należy dokładnie wypłukać, ewentualnie roztwór przelać do nowej. Sprawność takiego utrwalacza należy sprawdzić kawałkiem błony - jeśli w ciągu połowy czasu utrwalania danego typu materiału (z reguły 10/2=5 min.), emulsja nie stanie się przezroczysta, kąpiel nie nadaje się do użytku. Podobnie jest w przypadku pojawienia się plam. Sam używam takiego "utrwalacza z odzysku", jako drugiego, podczas utrwalania dwuroztworowego błon. Oczywiście wydajność odsiarczonego roztworu jest zredukowana - najlepiej stale przeprowadzać testy z błoną. Osobiście jednak zalecam stosowanie powyższej metody jedynie w skrajnej konieczności - fabrycznie nowe zestawy kosztują niezwykle tanio i z reguły działają niezawodnie. Kontrola wypłukania. Stopień wypłukania błon najlepiej sprawdzać roztworem: Woda 700 ml Do 5 mililitrów tego roztworu (np. w próbówce) włożyć fragment błony której test ma dotyczyć, odcięty z jej początku, lub końca. Jeśli w ciągu 15 minut nie wystąpi opalescencja, bądź zmętnienie roztworu, błona jest prawidłowo wypłukana. Roztwór szkodliwy dla zdrowia! Z kolei sprawdzanie wypłukania powiększeń wykonuje się roztworem: Woda 750,0 ml Odcięty fragment białego marginesu odbitki zanurza się 5 mililitrach powyższej kąpieli (o nazwie HP-2) na trzy minuty. Jeśli skrawek pozostanie bezbarwny - powiększenie zostało właściwie wypłukane. Jeśli zbrunatnieje, niezbędne jest dalsze płukanie. Związki przyśpieszające płukanie, omówiono w recenzji Ilford Rapid Fixer. Niewyjaśnione. Na zakończenie dość enigmatyczna kwestia stężenia tiosiarczanu sodu w utrwalaczach do błon i papierów. Kąpiel do papierów uzyskuje się z reguły przez dodanie do 4 części utrwalacza do błon, jednej części wody. Swoistym rekordzistą jest tu Ilford Rapid Fixer - rozcieńczenie do papierów zawiera około dwukrotnie więcej wody niż zalecane do błon. Co dziwne, jeszcze w latach 50. zalecano używanie tych samych roztworów utrwalających do błon i papierów. W literaturze pojawiają się tłumaczenia iż roztwór używany do błon musi być bardziej stężony - jednak nie spotkałem się dotąd z jakimkolwiek objaśnieniem teoretycznym powyższej konieczności. Istnieją dwa dość prawdopodobne wyjaśnienia: * Zastosowanie błon cienkowarstwowych. Pojawia się jednak pytanie, czemu błona zawierająca mniej halogenków srebra potrzebuje bardziej stężonych utrwalaczy? * Konieczność zwiększenia wydajności utrwalaczy do procesu pozytywowego. Względem takiego utrwalacza stawia się nieco wyższe wymagania - np. dopuszczalne stężenie związków srebra jest około dwukrotnie niższe. Co więcej, kąpiel intensywnie wnika w papierowe podłoże, co powoduje jej szybki ubytek objętościowy. Trop powyższy zdaje się potwierdzać Z. Pękosławski tłumaczący w "Z fotografią na ty", iż to właśnie papiery potrzebują utrwalacza bardziej rozcieńczonego. (Warto zauważyć, iż w literaturze czasem zalecano wstępne moczenie naświetlonych powiększeń w wodzie, dla zaoszczędzenia wywoływacza pozytywowego). Warto też zauważyć, że Ilford Rapid Fixer 1+4 ma dwukrotnie mniejszą wydajność z litra względem papierów niż stężenie 1+9 (co nie dziwi - w utrwalaczu z reguły wolniej spada ilość substancji czynnej, niż wzrasta nasycenie roztworu solami srebra i innymi "śmieciami"). Z przyczyn mniej prawdopodobnych, choć możliwych można wymienić ograniczenie ryzyka pogorszenia uzyskanej na odbitkach czerni. Jak wiadomo, zbyt długie przetrzymywanie odbitek w utrwalaczu osłabia ich zaczernienie, jakość zaś czerni była jedną z obsesji tamtych czasów. Fereby |
Fotografia czarno-biała: Univerzalni Vyvojka
"Univerzalni Vyvojka" jest fenidonowo-hydrohinonowym wywoływaczem uniwersalnym przeznaczonym do obróbki papierów i błon płaskich. Nadaje się zarówno do typowej obróbki jednoroztworowej, jak dwuroztworowej (zarówno "wywoływacz miękki/kontrastowy", jak "wywoływacz/przyśpieszacz"). Wywoływacz konfekcjonowany jest w formie proszkowej. Foma oferuje opakowania na 1 i 5 litrów. Przygotowanie W opakowaniu znajdują się dwa woreczki Podczas sporządządzania roztworu obowiązują typowe zalecenia - najpierw rozpuszcza się w wodzie o temperaturze 50-70 stopni Celsjusza (!), zawartość woreczka mniejszego, a po całkowitym rozpuszczeniu, proszek z woreczka większego. Oba proszki można też kolejno rozpuścić w ilości wody pięciokrotnie mniejszej niż zaleca producent (opakowanie na 1l w 200 ml, opakowanie 5l w 1l), co zwiększa znacznie trwałość wywoływacza i pozwala zaoszczędzić wody zdemineralizowanej. Zdecydowawszy się na powyższą opcję, lepiej skorzystać z naczynia o co najmniej dwukrotnie większej niż ostateczna objętość zatężonego roztworu roboczego pojemności. Zobojętnianie pirosiarczynu sodu węglanem sodu, powoduje "kipienie" roztworu, który może po prostu zacząć się przelewać i ściekać po ściankach zbyt niskiego naczynia. Jeśli ktoś nie dysponuje odpowiednio wysokim naczyniem, po całkowitym rozpuszczeniu zawartości małego woreczka, zawartość dużego wsypywać winien małymi porcjami, intensywnie mieszając, co nada reakcji zobojętniania mniej dynamiczny przebieg. Gdy po wsypaniu kolejnej porcji roztwór nie będzie się już burzył, wsypywane porcje węglanu sodu można systematycznie zwiększać. Osobiście do rozpuszczania składników wywoływacza używam przegotowanej wody demineralizowanej (usunięcie rozpuszczonego powietrza), ostudzonej do temperatury zaleconej przez producenta. Innym sposobem wydłużenia trwałości roztworu roboczego, mogłoby być rozpuszczenie zawartości każdego z woreczków w dwu oddzielnych naczyniach, z których każde zawierałoby połowę ilości wody zalecanej przez producenta do rozpuszczenia zawartości obu woreczków (opakowanie 1 l - 2x500 ml; opakowanie 5 l - 2x2500 ml), a następnie przelanie zawartości obu zlewek do różnych butelek. Przed użyciem należałoby odlać identyczną ilość płynów z butelek zawierających wywoływacz i węglan sodu, po czym zmieszać je (nawet w kuwecie). Nie wiem o ile wydłużyłoby to trwałość Univerzalnej Vyvojki, ponieważ nie prowadziłem takich testów. Praca W razie korzystania z zatężonego roztworu zapasowego, przed użyciem rozcieńczyć odpowiednią ilością wody (jeśli składniki rozpuszczono w wodzie o pięciokrotnie mniejszej objętości - 4 części wody na 1 roztworu zapasowego). Można użyć wody z kranu, nawet wlanej bezpośrednio do zlewki, czy kuwety - nie ma konieczności pozostawiania jej na kilkanaście godzin celem odstania. Czas wywołania papierów o podłożu barytowanym (FB) wynosi 1,30 do 2 min. (90-120 s), papiery o podłożu plastikowym (RC) wywołuje się o około 30 sekund krócej: 1 do 1,30 min. (60-90 s). Barwa strątu srebrowego na papierach chlorobromowych wysokoczułych Fomaspeed jest bliska neutralnej czerni, papiery bromowe AGFA Brovira uzyskują ledwie widoczny odcień niebieskawy. Czułość obu typów papierów kształtuje się podobnie jak wywoływanych w Fomatolu LQN. Z kolei w porównaniu do 2M-PK papiery Fomaspeed uzyskują czułość o 25-35% niższą, a papiery Agfa Brovira identyczną, bądź co najwyżej 10% niższą. Wydajność Wedle danych producenta papierów o podłożu plastikowym wywołać można w litrze roztworu 2 metry kwadratowe (170 odbitek 9x13). Podłoże papierowe zmniejsza wydajność dwukrotnie: 1 metr kwadratowy w litrze (85 sztuk formatu 9x13). Jest to oczywiście wskaźnik czysto teoretyczny - papier cienki "pije" inaczej niż karton. Oczywiście można kombinować z moczeniem odbitek w wodzie przed umieszczeniem ich w wywoływaczu, ale to wydłuży czas wywołania i będzie prowadzić do coraz większego rozcieńczania roztworu wodą. Co prawda z moich obserwacji wynika, iż "Univerzalna Vyvojka" zupełnie nieźle znosi nawet dość spory dodatek wody (wszak do negatywów "roztwór do pozytywów" rozcieńcza się 1+3), ale przy niskiej cenie tego wywoływacza i niewielkiej wydajności z litra roztworu, jest to postępowanie o nikłej opłacalności. Oczywiście dane dla papierów RC są ilościami minimalnymi. Pewnego razu udało mi się bez widocznych konsekwencji przekroczyć "wydajność maksymalną" o blisko 1/3, wywołując ponad 120 odbitek przeliczeniowych 9x13 w 0,5 l, tzn. porcji wystarczającej na 85 takich odbitek. Opakowanie na 5 litrów starcza na 10 metrów kwadratowych (RC - 850 odbitek 9x13), względnie 5 metrów kwadratowych (FB - 420 odb. 9x13) papieru światłoczułego. Trwałość Zgodnie z danymi wytwórcy roztwór roboczy do pozytywów ma trwałość rzędu 24 godzin (do negatywów - kilka godzin). Mnie taki roztwór, w nie do końca zapełnionej, zamkniętej butelce, stojącej w pomieszczeniu o temperaturze oscylującej między 10, a 15 stopni Celsjusza, wytrzymywał co najmniej 5 dni. Ten "jeden dzień" należy postrzegać oczywista w należytej perspektywie - wedle danych Fomy, roztwór roboczy W-14 (Fenal), charakteryzuje się trwałością rzędu... 2 dni. Zatężany pięciokrotnie roztwór zapasowy jest bardzo trwały - wedle moich doświadczeń wytrzymuje co najmniej pół roku. Dokładniejsze dane względem tego ostatniego: Biały, igiełkowaty osad, pojawiający się po jakimś czasie w roztworze zapasowym, nie świadczy bynajmniej o niezdatności wywoływacza do pracy - rozpuszcza się z reguły podczas rozcieńczania wodą, przy sporządzaniu roztworu roboczego. Jeśli to nie nastąpi, można pracować i z nim (nie ma chyba widocznego wpływu na odbitki), można też po prostu odcedzić przy ewentualnym filtrowaniu roztworu roboczego. Regeneracja Najlepszym chyba rozwiązaniem w warunkach amatorskich jest regeneracja roztworem wywoływacza. Osobiście używałem pięciokrotnie zatężonego "koncentratu" rozcieńczając go zależnie do potrzebnej do uzupełnienia ubytku roztworu w kuwecie objętości. W nawiasach objętość roztworu zapasowego (zatężony pięciokrotnie roztwór roboczy). Dla odbitek na podłożu barytowanym liczby te powinny się okazać dwukrotnie niższe. Rzeczy których jeszcze nie próbowałem: Technika dwuroztworowa Wywoływacze dwuroztworowe pozwalają w szerokich granicach regulować gradację papieru i znakomicie niwelują nadmierne kontrasty. Najczęściej w skład wywoływacza tego rodzaju wchodzą roztwory: Odbitkę najpierw umieszcza się w wywoływaczu "miękkim", by detale w światłach mogły się ukazać nim nastąpi nadmierne zaczernienie cieni. Następnie odbitkę przenosi się na krótko do wywoływacza "twardego", by cienie uzyskały głęboką, a równocześnie nie pozbawioną szczegółów czerń. Wedle doświadczeń jednego z moich znajomych, pięciokrotnie zatężony roztwór roboczy (używany jako roztwór zapasowy) może być wykorzystywany jako wywoływacz kontrastowy. Z kolei roztwór roboczy w rozcieńczeniu 1+3 (do błon) daje się zastosować jako wywoływacz miękkopracujący. Czas wołania odbitek w wywoływaczu "miękkim" należałoby ustalić doświadczalnie (co najmniej kilka minut) - należy wywoływać aż do ukazania się szczegółów światłach. To samo dotyczy wywoływacza "twardego" - czas będzie dość krótki, wywołanie powinno trwać, aż do uzyskania satysfakcjonującej czerni w partiach cieni. Wywoływacz miękkopracujący będzie się zużywał stosunkowo szybko (litr wystarczy na jakieś 40 odbitek 9x13), natomiast pracujący kontrastowo bardzo wolno (litr wystarczy na jakieś 850 odbitek 9x13), toteż celowe wydaje się "regenerowanie" wywoływacza miękkopracującego poprzez wlanie niewielkiej ilości wywoływacza kontrastowego co co jakiś czas. W latach 60. bardzo popularne były wywoływacze dwuroztworowe oparte o odmienną koncepcję: w pierwszej kuwecie znajdował się roztwór zawierający substancję konserwującą, reduktory i antyzadymiacz, w drugiej roztwór substancji przyśpieszającej. Odbitka połowę czasu nasiąkała wywoływaczem z pierwszej kuwety, drugą zaś połowę dowoływała się w silnie zasadowym roztworze przyśpieszacza. Zaletą takich wywoływaczy była duża trwałość, wydajność, możność wpływania na kontrastowość wywoływanej odbitki, niwelacja błędów powstałych skutkiem niewłaściwego umieszczenia odbitki w wywoływaczu. Wadami, konieczność bardzo dokładnego dozowania naświetleń i unikanie zanieczyszczania roztworu zawierającego reduktory, roztworem przyśpieszacza. Gdyby ktoś chciał pracować w podobny sposób, wystarczy by rozpuścił zawartość obu woreczków oryginalnego opakowania "Univerzalnej Vyvojki" w oddzielnych porcjach wody. Zawartość małego woreczka pełni wtedy funkcję pierwszego roztworu (reduktory), dużego woreczka roztworu drugiego (węglan sodu). Naświetloną odbitkę (podłoże RC) należałoby umieścić na 30- 45 sekund w roztworze reduktorów, a potem przenieść (bez płukania!) do wodnego roztworu węglanu sodu na kolejne 30-45 sekund. Podane czasy są czysto teoretyczne (połowa standardowego czasu wywołania papierów RC w jednym i drugim roztworze), radziłbym więc również spróbować dłuższych oraz krótszych, i na tej podstawie ustalić czasy wywołania pozwalające uzyskiwać najlepsze wyniki. Należałoby również sprawdzić, czy następująca w nasiąkniętej pierwszym roztworem odbitce, reakcja zobojętniania pirosiarczynu sodu, węglanem sodu z roztworu drugiego, nie powoduje jakiś negatywnych następstw. W wywoływaczach dwuroztworowych typu reduktor/przyśpieszacz, roztwór reduktorów zużywa się stosunkowo powoli, roztwór substancji przyśpieszającej trzeba co jakiś czas wymieniać. Oprócz wyczerpania dochodzi tu jeszcze przenoszenie śladowych ilości substancji redukujących z roztworu pierwszego, sprawiające iż zwolna nabiera on właściwości wywołujących. Jeśli ktoś po eksperymentach z techniką dwuroztworowa pragnie powrócić do klasycznej jednoroztworowej i pozostała mu pewna ilość roztworów roboczych, może z nich z powrotem zrobić standardową "Univerzalną Vyvojkę". W przypadku techniki "wywoływacz miękkopracujący/kontarstowy", zatężony pięciokrotnie roztwór "wywoływacza kontrastowego" należy zlać do butelki - posłuży jako roztwór zapasowy, który tuż przed użyciem rozcieńcza się wodą w stosunku 1+4. Roztwór "wywoływacza miękkopracującego" można by teoretycznie wykorzystać do wywołania błon, ale chyba najlepiej po prostu wylać - jego trwałość wynosi kilka godzin. Można ewentualnie wykorzystać do rozcieńczania roztworu zapasowego w stosunku jedna część roztworu zapasowego, na cztery części "wywoływacza miękkiego" - ma to wszakże sens tylko gdy ów wywoływacz miękki jeszcze się do czegokolwiek nadaje, tzn. parę godzin po jego sporządzeniu. Roztwór reduktorów i roztwór przyśpieszacza używane w technice "wywoływacz/przyśpieszacz", zlewa się do oddzielnych butelek, jako roztwory zapasowe. Przed użyciem jedną część roztworu reduktorów miesza się z jedną częścią roztworu przyśpieszacza. Wywoływanie błon Jak to bywa z tego typu wywoływaczami, Univerzalna Vyvojka powinna być stosowana wyłącznie do błon płaskich, a co najwyżej zwojowych, o ile nie zachodzi potrzeba dużych powiększeń. Standardowy roztwór do wywoływania odbitek, należy rozcieńczyć w stosunku 1+3. Czasy wywołania: Litrowe opakowanie wywoływacza (4000 ml roztworu roboczego) wystarcza do wywołania: Litr roztworu roboczego wystarcza więc do wywołania 3 błon małoobrazkowych, bądź zwojowych, a minimalna objętość wywoływacza wystarczająca do wywołania jednej błony wynosi 330-340 ml. Fereby |
Fotografia czarno-biała: W-41, następca W-19
W-19 pojawił się w połowie lat 60. mniej więcej równocześnie z W-14 "Fenal". Ich wprowadzenie miało służyć wzbogaceniu oferty wywoływaczy pozytywowych Fotonu składającej się w tamtym okresie właściwie wyłącznie metolowo-hydrochinonowego W-1. Jak sama nazwa wskazuje, W-19 "Unifen" był wywoływaczem uniwersalnym z fenidonem w roli substancji redukującej (drugą był hydrochinon). Był pierwszym PRL-owskim wywoływaczem pozytywowym konfekcjonowanym w formie stężonego roztworu zapasowego. Unifen od razu zyskał dobrą opinię fachowców. Chwalono trwałość i łatwość sporządzania roztworu roboczego (wywoływacze w płynie nie muszą "odstać" 12-24 h). Za jedną z jego niewielu wad uważano skłonność do mętnienia używanego roztworu. Z drugiej strony, jak to zauważył W. Tuszko "jednakże roztwór o barwie nawet bardzo mocnej herbaty pracuje doskonale, dając obrazy zupełnie czyste (wymagane jest jedynie niewielkie przedłużenie czasu wywoływania)." W-41, wprowadzony do sprzedaży w połowie lat 80. w swym założeniu miał być następcą W-19 Unifen o podobnym działaniu, składzie i zaletach. Zmian w recepturze prawdopodobnie nigdy nie opublikowano, na łamach "Foto" wspominano o zmianie zasadowości roztworu, która miała wpłynąć dodatnio na trwałość i zmniejszyć tendencję do brunatnienia używanych roztworów. Wedle informacji z Fotonu, receptura została ponownie zmodyfikowana w końcu lat 90. obecnie to już tylko wywoływacz pozytywowy (usunięto jakiś nieokreślony "szkodliwy dla zdrowia" składnik). Unifen sprzedawano w opakowaniach 250-1000 ml. W-41 można kupić chyba wyłącznie w butelkach o objętości 250 ml. Standardowe rozcieńczenie do papierów to 1+7 (czyli butelka wystarcza na 2 l roztworu wywoływacza), standardowe do błon to 1+30 (czyli butelka wystarcza na 7,5 l wywoływacza). Trwałość. W "Fotonie" na zapytanie o trwałość roztworu roboczego uzyskałem bardzo mętną odpowiedź - "wywoływacz mętny nie nadaje się do użycia". Fotograf pamiętający jeszcze W-19, uśmiechnął się na to - jego zdaniem "Unifen" przypominał pod tym względem 2M-PN, pracował nadal poprawnie nawet po takim zmętnieniu, że nie było widać odbitek w kuwecie. Moje doświadczenia z W-41 dały podobny rezultat - nie doszedłem co prawda do etapu w którym odbitek kompletnie widać nie było, ale gdy kończyłem pracę (przekroczyłem nominalną wydajność o ponad 10%), one i dno kuwety były już ledwie dostrzegalne (wywoływacz miał już barwę ciemnobrązową). Roztwór jednak wciąż dawał czerń o natężeniu zbliżonym do świeżego. Roztwór 1+7 zlany do w połowie pełnej butelki wytrzymał bez zmiany właściwości 5 dni (potem zużyłem go na amen i uznałem za stosowne wylać). Roztwór zapasowy wedle informacji na butelce należy po jej otwarciu zużyć "jak najszybciej" (zabezpieczając przed utlenianiem), co trudno uznać za specjalnie precyzyjne. Przypuszczam, że w razie zastosowania jakiś środków chroniących przed utlenianiem (np. gaz obojętny), W-41 w tej postaci wytrzyma co najmniej 3 miesiące, może z pół roku, może jeszcze więcej. Trwałość Unifenu: Podobno terminy powyższe były bardzo zaniżone. Wydajność Wedle tego co powiedziano mi w "Fotonie" zawartość buteleczki 250 ml rozcieńczona 1+7 pozwala wywołać 7 metrów kwadratowych papierów o podłożu plastykowym, co dawało 3,5 m kwadratowego z litra. To ze 300 odbitek formatu 9x13. Udało mi się wywołać mniej więcej tyle, a właściwie nawet odrobinę więcej i wywoływacz nadal dawał czerń na akceptowalnym poziomie. Dla papierów FB byłoby to teoretycznie 150 odbitek 9x13 z litra, czego jednak raczej "wycisnąć" się nie uda, ze względu na nasiąkliwość papierowego podłoża. Unifen pozwalał wywołać 120 sztuk FB o wymiarach 9x14 (1,5 m z litra). Czas wywołania Producent podaje czas wywołania 1,5 do 2 minut dla papierów na podłożu RC. Papiery bromowe FB wywoływać należy zapewne około 2-2,5, względnie 3-3,5 minut (te drugie to optymalne czasy dla W-19 wedle W. Tuszko). Wedle moich doświadczeń 4 minuty nie powodują zszarzenia papieru RC, pewnego razu zresztą zaaplikowałem nawet ze 20 min. (zapomniałem o odbitce w kuwecie) i także nie było plam i zszarzenia świateł (lepiej jednak używać w takim przypadku jak najmniej światła, wyłączyłem akurat całe oświetlenie ciemniowe, prócz czerwonej żarówki do oświetlenia ogólnego, w odległości 3 m od kuwety - porządkowałem papiery i zamykałem pudełka). Takie przedłużone wywołanie, połączone z nieco krótszym naświetleniem bardzo ładnie wyrównuje kontrasty. W-41 nieźle nadaje się do wywołania powierzchniowego. Jednak dla uniknięcia smug na odbitkach lepiej rozcieńczyć go wtedy bardziej niż zwykle np. 1+15 (albo więcej) ustalając czas naświetlenia (nieco obfitsze niż przy standardowym wywołaniu dogłębnym) oraz wywołania drogą prób i błędów (można nawet na paskach). Czułość papierów Fomaspeed (teoretycznie ISO 400, praktycznie chyba trochę mniej) jest o około 1/3 przysłony mniejsza niż uzyskiwana w 2M-PK i zbliżona do tej w Univerzalnej Vyvojce. Jeśli chodzi o papiery bromowe AGFA Brovira (ISO 400), czułość jest praktycznie identyczna jak w Univerzalnej Vyvojce, a co najwyżej 10% niższa od uzyskiwanej 2M-PK, co w praktyce jest niezauważalne i można ją ustawiać tak samo. Barwa strątu srebrowego papierów bromowych i chlorobromowych wysokoczułych wywołanych w W-41 ma delikatny odcień niebieski, taki jak w 2M-PK, trochę bardziej niebieski niż w Univerzalnej Vyvojce i 2M-PN, mniej niebieski od Fomatolu LQN i W-14. Jest on zbliżony do neutralnego i pasuje do większości tematów. Kontrastowość W-41 1+7 jest podobna do tego co uzyskuje się w wywoływaczach normalnych. Wywołanie dwuroztworowe W-41 nadaje się również do wywołania dwuroztworowego sposobem "wywoływacz miękkopracujący-wywoływacz kontrastowy". Jest ono wykorzystywane przy kopiowaniu klatek o kontraście przekraczającym możliwości standardowych papierów. Pozytyw naświetla się obficie "na światła", po czym umieszcza w pierwszym wywoływaczu (miękkim). Długotrwałe wywołanie w nim pozwala ukazać się szczegółom w światłach, bez "zabijania" cieni. Potem odbitkę przenosi się na krótko do kuwety z drugim wywoływaczem (kontrastowym), by cienie uzyskały głęboką czerń (pozytyw wywołany tylko "na miękko" byłby mdły i szary). Roztwór zapasowy W-41 do roli wywoływacza "miękkiego" należałoby rozcieńczyć od 1+15 do 1+63; do "kontrastowego" od 1+3 do 1+5. Niestety w W-41, techniki dwuroztworowej jeszcze nie próbowałem (tylko z Fomatolem LQN), toteż podaję przykładowe czasy dla "Unifenu" i papierów bromowych FB: Przypuszczam że dla papierów RC drugie wywołanie wyniesie 15-30 s. Regeneracja Zużyty W-41 nader wygodnie regeneruje się roztworem wywoływacza. Stosując nierozcieńczony roztwór zapasowy, względnie rozcieńczony od 1+1 do 1+7, można łatwo dopasować objętość "regeneratora" do ubytku wywoływacza w kuwecie. Roztwór zapasowy/wywoływacz (1+7) Dwie odbitki 9x13 cm odpowiadają jednej 13x18 cm. Osiem 10x15 cm jednej 30x40 cm. Błony Wywoływanie błon w W-19 1+15 nie było zalecane przez literaturę. Tuszko pisał: "W celu uzyskania nominalnej czułości błon konieczne jest stosowanie górnych granic czasów wywołania. Negatywy wywołane w ten sposób odznaczają się grubym ziarnem i są tak kontrastowe, że uzyskanie z nich prawidłowego pozytywu jest bardzo wątpliwe." Czasy wywołania w temperaturze 20 stopni Celsjusza W-19 1+15 wynosiły: Kilka numerów "Foto" dalej, opublikowano list Czesława Zycha, podający czasy wywołania błon w temperaturze 18 stopni, w rozcieńczeniach 1:50 i 1:100. Tak wywołane negatywy odznaczać się miały małym ziarnem i znakomitym wyzyskaniem czułości (Fotopan U: 29 DIN, ORWO NP 27: 30 DIN). Rozcieńczenie 1:100 autor zalecał do błon niskoczułych, 1:50 średnio i wysokoczułych. Dla pierwszych dwu błon (Fotopan F i Fotopan S) współczynnik więc wynosiłby ok. 3,5, a dla wysokoczułej (Fotopan U), jakieś 1,6. Za standardową powierzchnię błony małobrazkowej i zwojowej Kodak uznaje 80" kw, czyli nieco ponad 500 (516,128) cm kw. To mniej niż 5 odbitek 9x13. Oznaczałoby to że do wywołania błony wystarcza w przybliżeniu 2 ml roztworu zapasowego W-41 co w rozcieńczeniu 1+30 dawałoby 62 ml. W tym kontekście nie dziwi stosowanie rozcieńczeń 1:100 W-19, dla niego bowiem ta ilość wynosiła 2,5 ml roztworu zapasowego i 40 ml rozcieńczenia 1+15. Fereby |
Fotografia czarno-biała: Wirus ciemniowy
From: "Maciek Jerzykowski"
|
Fotografia czarno-biała: Wywoływacz FX
metol 0,5 g |
Fotografia czarno-biała: Atomal (A-49) w rozcieńczeniu 1+3
Grupa dyskusyjna: pl.rec.foto {mospagebreak} Jeszcze o A-49 (1+3) |
Fotografia czarno-biała: Agfa Atomal, ORWO A-49, Calbe A-49 - rozcieńczenie 1+3
Atomal i A-49 były wielokrotnie opisywane w literaturze, a także na stronach www. Niestety, teksty te koncentrują się z reguły na niewielkim wycinku zagadnienia, pozostałe omawiając dość skrótowo (bądź wcale). Rzadko też udziela się objaśnienia dlaczego postępować należy akurat tak, a nie inaczej. Mój artykuł jest kompilacją tego co znaleźć można w książkach, artykułach na stronach www. Ze względu na brak miejsca, część historyczną tekstu byłem zmuszony potraktować bardzo skrótowo, a czasy wywołań w rozcieńczeniu 1+3, krótkie objaśnienie teoretyczne, etc. przekszatałciłem w oddzielny artykuł. Historia "Atomalu" "Atomal" jest dość starym wywoływaczem - jego receptura pochodzi jeszcze sprzed drugiej wojny światowej. Wedle odtajnionej wkrótce po jej zakończeniu dokumentacji AGFY, niemieccy fotochemicy pragnęli stworzyć wywoływacz równie trwały i uniwersalny jak "Rodinal", pod względem rozmiaru ziarna natomiast podobny ówczesnym wywoływaczom ultradrobnoziarnistym. Oprócz tego nowy produkt miał być mniej szkodliwy dla zdrowia niż "Rodinal" i wywoływacze oparte o parafenylodwuaminę. Było to zadanie bardzo trudne, choć nie niewykonalne - co więcej AGFA dysponowała "tajną bronią": nowym reduktorem o fenomenalnych właściwościach - n-hydroksyetylo-o-aminofenolem. Po przetestowaniu wielu receptur, zdecydowano się w końcu na poniższą: Do roztworu powyższego kolejno dodawać Powstały w ten sposób wywoływacz spełniał pierwotne założenia tylko częściowo - przykładowo roztwór roboczy miał trwałość jakieś 30-90 dni, choć oczywiście przy zastosowaniu jako wywoływacz jednorazowy (rozcieńczenie 1+1, 1+2 w koreksach "Rodinax", czy specjalnych do błon małoobrazkowych) i zachowaniu odpowiednich warunków przechowywania, można było mieć pewność właściwego działania w ciągu 6-12 miesięcy od chwili sporządzenia, a nawet dłużej. Oczywiście zawartość oryginalnego, hermetycznie zamkniętego opakowania (tzn. proszki w dwu słoiczkach), była w stanie przetrzymać całe dekady, a w latach 30. AGFA zezwalała na sporządzanie mniejszych objętości roztworu roboczego, odmierzając np. 1/6 proszku z każdego słoiczka, co - przynajmniej z marketingowego punktu widzenia - pozwalało podtrzymać twierdzenie o zbliżonej do Rodinalu trwałości. Roztwór dopełniający do "Atomalu" ma skład jak poniżej: Do roztworu powyższego kolejno dodawać Warto zauważyć, iż receptura powyższa świadczy że z trzech reduktorów najszybciej zużywa się N-hydroksyetylo-o- aminofenol, przy zdecydowanie mniejszym ubytku hydrochinonu i pirokatechiny, więc wywoływacz zużyty nadal będzie wywoływał, ale obrabiane w nim materiały będą bardziej zadymione i mniej drobnoziarniste, niż wywołane w roztworze o normalnych właściwościach. Tłumaczy to, dlaczego AGFA nie zalecała forsowania błon w "Atomalu" samym wydłużeniem czasu wywołania, tylko kombinacją podniesienia temperatury "o 3 stopnie Celsjusza na każde 3 stopnie DIN niedoświetlenia" oraz przedłużenia czasu o 20-25%. Garść współczynników Poprawki temperaturowe Poprawki dla wywoływacza rozcieńczonego: {mospagebreak} Forsowanie Pierwotna recepta AGFY (a później ORWO), za typową temperaturę wywołania uznawała 18 stopni Celsjusza. Każde 3 stopnie DIN niedoświetlenia oznaczało konieczność podgrzania "Atomalu" o 3 stopnie Celsjusza i wydłużenie czasu o 20-25%: Obecnie za standardową uważa się temperaturę 20 stopni Celsjusza, toteż oryginalną receptę należałoby zmodyfikować następująco: Do forsowania AGFA zalecała wywoływacz w rozcieńczeniu 1+0 (zasadniczym), wytyczne bowiem opracowano w czasach, gdy nie było jeszcze błon cienkowarstwowych. Wydajność W 1000 ml wywoływacza w stężeniu 1+0 (zasadniczym) można wywołać co najmniej 10 błon (100 ml na błonę przy zastosowaniu jako wywoływacz jednorazowy). Wywoływanie wielu błon w roztworze 1+0 wymagało kompensowania zużycia wywoływacza przedłużeniem czasu - wedle ORWO (i Calbe) od trzeciej błony (włącznie) czas wołania każdej kolejnej należało wydłużać o 1 minutę (tzn. 4 błona +2 minuty, 7 błona +5 minut, 10 błona +8 minut). Wedle innego współczynnika, przy wywoływaniu w 600 ml A-49 czas dla 5 błony należało wydłużyć o 10%, dla 6 o 20%. Wedle Romana Burzyńskiego ("Zaczynam dobrze fotografować") w 600 ml "Atomalu" wywołać można 7 błon, pierwszą błonę wywołuje się w typowym dlań czasie, a "każdą następną o minutę dłużej". {mospagebreak} Sporządzanie Istnieją co najmniej dwa sposoby postępowania z zawartością oryginalnego opakowania: * Fabryczny: po dokładnym i całkowitym rozpuszczeniu zawartości pierwszego woreczka w określonej ilości wody, rozpuszczamy zawartość woreczka drugiego i dopełniamy wodą do podanej objętości. * Zmodyfikowany, via wydana w latach 50. książka R. Burzyńskiego "Zaczynam dobrze fotografować": - "Proszek z mniejszego słoiczka {opakowania 2} rozpuścić w 150 ccm {ml} wody. Proszek z większego słoiczka (opakowania 1} rozpuścić w 400 ccm wody. Gdy obydwa proszki rozpuszczą się dobrze i klarownie, przelać część większą do mniejszej (nie odwrotnie!) stale mieszając. Dolać jeszcze 50 ccm wody. ÂŁącznie otrzyma się 600 ccm wywoływacza." Względem Calbe A-49, gdzie sposób konfekcjonowania jest nieco inny (mniejszy woreczek nosi numer 1), metodę R. Burzyńskiego należałoby nieco zmodyfikować. Dla opakowania litrowego "Calbe A-49" objętości wody w drugiej metodzie wynosiłyby odpowiednio: Względem Calbe A-49 techniki rozpuszczania via Roman Burzyński jednak wciąż jeszcze nie spróbowałem i nie wiem, czy daje takie same, jak w wypadku "Atomalu", rezultaty. Rozpuszczanie składników wedle zaleceń z "Zaczynam..." przetestowałem natomiast na oryginalnym ORWO A-49 z lat 70. - wywoływacz pracował normalnie, zapewne trwałość i pozostałe parametry uzyskanego w ten sposób "Atomalu", były identyczne jak sporządzonego wedle fabrycznej instrukcji. Obecnie wywoływacz sporządzam zgodnie ze wskazówkami na opakowaniu Calbe A-49 (jedna zlewka do mycia mniej). Do rozpuszczania zawartości obu torebek używam wody demineralizowanej (najtańszej, z hipermarketu), którą przegotowuję (celem usunięcia rozpuszczonego powietrza), a potem pozostawiam do ostygnięcia do temperatury zalecanej przez producenta wywoływacza. Po rozpuszczeniu zawartości obu torebek, płyn ze zlewki przelewam do butelki harmonijkowej, ściskanej w miarę pobierania z niej roztworu. Gdy staje się to niemożliwe, A-49 przelewam do butelki ze szkła oranżowego i dopełniam śrutem szklanym. {mospagebreak} Trwałość Względem roztworu roboczego 1:0 źródła podają informacje dość rozbieżne - 90, 60, 45, 30 dni. Co do rocieńczeń 1+1 i 1+2 panuje jakby większa zgodność - mają wykazywać niezmienne właściwości od kilku godzin do jednego dnia. Zawartość hermetycznie zamkniętego i właściwie przechowywanego opakowania wedle producenta powinna wytrzymać kilka lat. Oczywiście jest to okres minimalny, przykładowo w maju 2005 roku udało mi się uzyskać w pełni sprawny ORWO A-49, mimo iż termin ważności na opakowaniu upłynął ćwierć wieku wcześniej (1979 rok)! Wywoływacze w formie proszkowej są z reguły niezwykle trwałe, o ile nienaruszone opakowanie przechowywać w chłodnym i suchym miejscu - w 2005 r. wywoływałem też w Foton W-17, którego termin ważności upłynął w roku 1986 i ten także funkcjonował bez zarzutu. Oczywiście jeśli ktoś decyduje się na korzystanie z przeterminowanego wywoływacza negatywowego, jako pierwszą powinien poddać obróbce w nim starannie naświetloną próbkę, by upewnić się co do sprawności roztworu - można zresztą przy okazji przeprowadzić nawet pełny test błona/wywoływacz (różnie naświetlone próbki i różne czasy wywołania), choć dla ogólnej orientacji, czy wywoływacz nadaje się do czegokolwiek, wystarcza z reguły jedna. Tak na margniesie, względem wywoływaczy pozytywowych reguły nie są tak surowe - naświetla się po prostu papier światłoczuły negatywem testowym, wywołuje, utrwala, płucze. Po wyschnięciu porównuje pola na odbitce z wzorcem średniej szarości, ustala jak zostały oddane najciemniejsze i najjaśniejsze pola testu - to z reguły wystarcza do ustalenia jak wywoływacz wpływa na światłoczułość i kontrastowość papieru. Zawodowcy przeprowadzają czasem po kilkanaście takich testów, różnicując naświetlenia i czasy wywołania - pozwala to ustalić przybliżony czas wywołania powierzchniowego i maksymalny jaki dany rodzaj papieru może przebywać w wywoływaczu. Kolory Typowy kolor roztworu "Atomalu" to podobno różowy. Mój ORWO A-49 z drugiej połowy lat 70. miał barwę jasnoczerwoną. Calbe A-49 z reguły wychodzi bezbarwny, bądź lekko żółtawy. Wywoływacz może się zabarwić od podlewu przeciwodblaskowego błony - nie ma to wpływu na kolejne obrabiane w nim błony, a w przypadku użycia jako wywoływacz jednorazowy jest chyba wyłącznie ciekawostką. W zabarwianiu wywoływaczy prym wiodą błony Kodaka z serii TMAX, wszak po zwojowym Ilford FP4+ pierwotnie żółtawy Fomadon LQN zyskał kolor zbliżony do zupy pomidorowej (takiej ze świeżych pomidorów, czyli jasnopomarańczowy). {mospagebreak} "Podróby" Skład "Atomalu pozostawał przez całe lata tajemnicą. Wszakże tuż po wojnie, zwycięskie mocarstwa zdecydowały o ujawnieniu patentów niemieckich. Miało to być rodzajem kary dla firm, które nazbyt wiele ich zdaniem zyskały na współpracy z rządzącymi III Rzeszą. Koncern AGFA także został zaliczony do tej grupy - potrzeby wojska, organów bezpieczeństwa oraz propagandy, sprawiły iż przedsiębiorstwa specjalizujące się w optyce, produkcji kamer filmowych, aparatów fotograficznych oraz właśnie materiałach światłoczulych i fotochemicznych, były oczkiem w głowie władzy, tak w czasach planu sześcioletniego, jak trakcie wojny. W tym kontekście nie powinno dziwić, iż w latach 40. i 50. odpowiedniki "Atomalu" wytwarzało wielu producentów po obu stronach żelaznej kurtyny. Najbardziej znanym był u nas ORWO A-49, Andrzej Mroczek napisał w "Książce o Fotografowaniu" że wywoływacz ten był "podróbą Atomalu", co może nieco wprowadzać w błąd. Należy pamiętać, iż na mocy ustaleń mocarstw okupacyjnych NRD-owcy uzyskali prawa do wyrobów dawnego przemysłu III Rzeszy, co więcej ich "Atomal", był początkowo produkowany w tych samych fabrykach, na tych samych maszynach, przez tych samych robotników, co przed wybuchem II wojny i jej trakcie. Toteż nie zdziwiłbym się, gdyby jakość "podróby" okazała się nawet nieco lepsza, niż oryginału wytwarzanego w ciężkich, wojennych czasach. Jeśli idzie o okres późniejszy, to można stawiać w ciemno, że wszelkie zmiany receptury "Atomalu" via AGFA ("Atomal F") szybko znajdowały swe odbicie w "A-49" produkcji ORWO - STASI naprawdę sporą część swych środków i zasobów ludzkich przeznaczała szpiegostwu przemysłowemu na Zachodzie, w pełni dorównując tajnym służbom sowieckim, a niekiedy je przewyższając. Na koniec przyjrzyjmy się ciekawym badaniom węgierskiego fotografa Laszlo Somogyi. Zestawił on i przetestował dwie uproszczone receptury roztworów o podobnym do A-49 działaniu. Wywoływacze te dobrze wyzyskiwały czułość negatywu i choć charakterywzowały się większą skłonnością do zadymiania i gorszymi własnościami wyrównawczymi, nie były to różnice dostrzegalne w praktyce amatorskiej. Gdy czas wywołania błony NP 15 w A-49 wynosił 7-8 minut, a NP 27 12-13 minut, to w roztworze zestawionym według pierwszej recepty NP 15 wywoływało się 6-7 minut, a NP 27 10-11 min. Dla wywoływacza sporządzonego w oparciu o przepis drugi, NP 15 wywoływało się 9-10 minut, zaś NP 27 16 minut. Gdy oryginalny A-49 miał PH nieco wyższe od 8.4, to oba roztwory pomysłu Somogyi ponad 9. Wzrost ilości Kodalku (czyli podnoszenie PH) w zastępniku wedle recepty 1 wpływa na lepsze wyzyskanie światłoczułości, opłacone wzrostem ziarna. Mniej Kodalku (i niższe PH), to drobniejsze ziarno, ale gorsze wyzyskanie czułości negatywu. {mospagebreak} Ewolucja Gdy wkrótce po II wojnie światowej nadeszła era błon cienkowarstwowych, wielu producentów zrezygnowało ze swych quasi-Atomali (quasi-Rodinali zresztą także). "Atomal" miał po prostu tę niemiłą przypadłość, iż obniżał czułość wywoływanych w nim materiałów. W przypadku błon starego systemu (dwuwarstwowych) było to nawet korzystne, ze względu na ich nagminne prześwietlanie, przez nie dysponujących światłomierzami fotoamatorów, którym wciąż wbijano do głów, iż "lepiej bardzo prześwietlić, niż trochę niedoświetlić", "szczodrze naświetlaj, wywołuj łagodnie". Nowe błony cienkowarstwowe należało zaś naświetlać raczej skąpo, w zamian intensywnie wywołując. W związku z powyższym AGFA znalazła się w kropce - narastająca konkurencja ze strony D-23, D-76, czy całej gamy wywoływaczy fenidonowych, może i mniej trwałych niż "Rodinal", i nie tak drobnoziarnistych jak "Atomal", ale tańszych, nie obniżających czułości, a często nawet ją podnoszących, na dodatek mniej szkodliwych dla zdrowia (fenidon nie powodował egzemy, stosowanie zaś metolu oczyszczonego z zanieczyszczeń, nie powodującego już, omalże przysłowiowej, "choroby metolowej" stało się praktycznie regułą), sprawiła iż jej flagowym produktom groziło całkowite wyparcie z rynku. Pozostawały dwie możliwości: Co ciekawe, w Agfie postanowiono podążyć obiema tymi drogami. Po pierwsze: wkrótce ofertę wywoływaczy negatywowych wzbogacono o specjalnie desygnowany do obróbki błon cienkowarstwowych "Eikonal" (a potem "Hypronal"). Po wtóre zabrano się za opracowanie nowych zaleceń dla dochowujących wierności "Atomalowi" i "Rodinalowi". Z Atomalem pozornie sprawa wygląda dość prosto - jak wykazały o dekadę późniejsze badania Węgrów, podniesienie PH tego wywoływacza (zresztą również jego tańszych, dwureduktorowych zastępników autorstwa Somogyi) prowadzi do lepszego wyzyskania światłoczułości, okupionego pewnym wzrostem ziarna (oraz zapewne obniżeniem trwałości roztworu). AGFA wszakże nie zdecydowała się na poważniejszą zmianę receptury. Zapewne poszło o dwie ściśle powiązane z sobą kwestie: - zmiana receptury to odmienne od dotychczasowych czasy wywołania, istniało więc ryzyko, iż rewolucyjne zmiany w tej materii mogły odstręczyć klientów od wyrobów AGFY, nie było przy tym gwarancji, iż do nich powrócą nawet po całkowitym wyparciu z rynku materiałów starego typu; - na rynku wciąż było mnóstwo błon starego typu, z którymi "Atomal" znakomicie sobie radził, wzrost ziarnistości raczej nie zostałby przywitany z radością przez ich użytkowników, efekt: jak w punkcie poprzednim. Postanowiono więc wykorzystać cechę, wspólną części reduktorów będących pochodnymi amin (n-hydroksyetylo-o- - aminofenol i paraaminofenol są właśnie nimi). Wywoływacze oń oparte, jeśli je odpowiednio rozcieńczyć, wnikają wolno w głąb emulsji, najintensywniej działając w jej górnych warstwach. Rezultem jest zmniejszenie ziarna, niwelacja odblasków (od podłoża), bardziej wyrównawcze działanie, lepsze wyzyskanie czułości przy wywołaniu do tego samego współczynnika gamma. Agfa zaleciła więc wywoływanie błon cienkowarstwowych w Rodinalu o większym niż dotąd rozcieńczeniu (1+50 - 1+100, indywidualnie dopasowane do typu błony i preferencji wywołującego), podobnie zalecono wywoływać emulsje nowego typu w "Atomalu" rozcieńczonym 1+1 lub więcej. Wytyczne względem forsowania nie uległy zmianie. Nadal w razie konieczności poddania obróbce błony niedoświetlonej, zalecano oprócz wydłużenia czasu, podnieść temperaturę wywoływacza, to bowiem, zarówno względem paraaminofenolu jak n-hydroksyetylo- -o-aminofenolu prowadzi do znacznej poprawy w wyzyskaniu światłoczułości. I w tym właśnie okresie zaczyna się kariera w rozcieńczenia 1+3 "Atomalu". A-49 1+3 w domu i zagrodzie Pierwotnym zastosowaniem "Atomalu" w rozcieńczeniu 1+3 była obróbka błon zawierających motywy o dużych kontrastach świetlnych, przeterminowanych, względnie naświetlonych przed wielu laty i z jakiś przyczyn dotąd nie wywołanych. Szczególnym powodzeniem cieszyło się to pierwsze - "Atomal" 1+3 równie dobrze niwelował kontrasty jak Rodinal 1+100:1+200, a dawał mniejsze ziarno (tyle że mniej ostre, ale wtedy jeszcze niewielu się tym przejmowało). Dieter Stredicke, zachodnioniemiecki fotografik, będąc wielkim miłośnikiem zdjęć pod światło, nagminnie stosował wywoływacz AGFY w rozcieńczeniu 1+3 i sporo z nim eksperymentował. Wyniki opublikował na łamach "Foto-Falter" z grudnia 1961. Głównym wątkiem artykułu był sposób oszczędnego wykorzystania "Atomalu". Miało to związek z tym, że ówczesne koreksy do błon małoobrazkowych i zwojowych wymagały większych ilości roztworów niż dawniejsze uniwersalne, będące tak po prawdzie koreksami do błon średniego formatu, pozwalającymi w razie konieczności wywołać błonę małoobrazkową, ale ze zdecydowanie mniejszą wygodą. Niestety pewna cecha nowych koreksów bynajmniej nie ułatwiała życia użytkownikom "Atomalu" - przy typowej ilości roztworu w rozcieńczeniu bazowym, niezbędnej do wywołania wynoszącej 100 ml, rozcieńczenia 1+1 i 1+2 pozwalały uzyskać 200-300 ml roztworu roboczego, czyli o jakieś 50-100 ml mniej niż wymagały nowe koreksy. Postępowanie Stredicke z "Atomalem", było następujące: gotowy wywoływacz (w stężeniu bazowym) wlewał do 5 szczelnych buteleczek o pojemności 100 ml każda, wykonanych z ciemnego szkła. Butelki takie mają zwykle nieco większą pojemność, więc z reguły udaje się pomieścić całe, bądź prawie całe 600 ml. Wedle pomysłodawcy "Atomal" można w ten przechowywać bez istotnej zmiany jego właściwości przez 8 tygodni (4-5 miesięcy wedle "Fotografii"). Przystępując do wywołania błony małoobrazkowej zawartość jednej buteleczki należało dopełnić wodą do 400 ml, autor dodawał także 0,8 ml Filponu ("Fotografia" nie zalecała takiego postępowania - pienienie się wywoływacza). W "Atomalu" w rozcieńczeniu 1+3, w temperaturze 20 stopni, energicznym poruszaniu błoną, Isopan F należało wywoływać 14 do 16 minut, Isopan Rapid z kolei w tych samych warunkach od 20 do 25 minut. W razie gdyby na błonie sfotografowano motywy o niewielkim kontrascie, czas wywołania należało nieco wydłużyć. Stredicke więc w 600 ml porcji "Atomalu F" wywoływał pięć błon (zamiast sześciu). Obrabiane w rozcieńczonym 1+3 roztworze charakteryzowały się doskonałym wyrobieniem szczegółów i bardzo drobnym ziarnem - 15 krotne powiększenia liniowe z błony Isopan F, były całkowicie bezziarniste. Większość motywów z łatwością dawało się skopiować na papierach o gradacji normalnej i twardej ("Fotografia" dodawała od siebie, że takie wywołanie pozwala na bardzo dobre wyzyskanie czułości negatywu). Streszczenie niemieckigo tekstu opublikowano na łamach "Fotografii" 1962/4 str. 109 Gdyby zaufać temu co napisano w "Fotografii", stosowane przez Dietera Stredicke rozcieńczenie "Atomalu" wynosiłoby w przybliżeniu 1+2.3, względnie 1+2.5. I tu pojawia się pytanie - - skoro ów fotografik najpewniej zaczał stosować "ultrawyrównawcze" rozcieńczenie 1+3, via receptariusze AGFY, bo jako miłośnik zdjęć pod światło, musiał jakoś zniwelować ogromne kontrasty i po jakimś czasie rozcieńczenie to opanował do perfekcji, to dlaczego zdecydował się na eksperymenty z "Atomalem" w rozcieńczeniu innym? Przecież w PRL nie mieszkał i bez trudu mógł nabyć sześć buteleczek o pojemności 100 ml, a także śrut szklany, by były dopełnione wywoływaczem po kraniec szyjki - wszystko to kosztowałoby zdecydowanie mniej czasu i zachodu, niż weryfikacja wszystkich czasów wywołania? W sposób oczywisty nasuwa się przypuszczenie, iż Striedicke tak dopełniał zawarość buteleczek, by uzyskać swe ulubione rozcieńczenie 1+3, a osoba streszczająca artykuł dla "Fotografii" po prostu nie do końca zrozumiała zawarte w artykule wywody. Rysują się dwie możliwości: Osobiście bardziej prawdopodobna wydaje mi się druga. W przypadku wywoływaczy konfekcjonowanych w formie proszkowej, z reguły roztwór zapasowy (względnie roboczy) sporządza się jakieś 12-24 godziny przed planowanym wywołaniem - proszki w fabrycznych opakowaniach miewają na ogół zdecydowanie większą trwałość, niż sporządzone z nich roztwory. Oczywiście najkorzystniej z tego punktu widzenia wypadałoby sporządzać wywoływacze tuż przed planowaną obróbką - niestety większość tego rodzaju roztworów wymaga trwającego minimum 12- 24 h tzw. "odstania", co tłumaczone bywa "zachodzeniem reakcji chemicznych w roztworze", "ustalaniem się jego składu", ewentualnie niezbędnym odczekaniem "aż opadną męty". Toteż logiczny wydaje się następujący wzorzec postępowania - 500 ml "Atomalu F" do buteleczek, a 100 ml w innym naczyniu "dojrzewa", po czym zostaje rozcieńczone 1+3 i wykorzystane do wywołania pojedynczej błony małoobrazkowej. Ustalmy teraz współczynniki przedłużenia dla rozcieńczenia 1+3 i intensywnego poruszania, w temperaturze 20 stopni Celsjusza. Standardowy czas wywołania w "Atomalu F" 1+0, dla błony "Isopan F" wynosił 9-10 minut, "Isopan Rapid" zaś 12-14 minut (oba dla typowego poruszania "Agfowskiego" - co 30 s. przez 10 s.). Jak nietrudno obliczyć, współczynnik wydłużenia czasów wywołania, w porównaniu do rozcieńczenia bazowego, w przybliżeniu wynosi 1,6-1,8 raza. Jeśli chodzi o dodatek środka zmiękczającego, nie jest on moim zdaniem konieczny, chyba że ktoś bardzo boi się odcisków palców na emulsji. Należy pamiętać, iż dodatek detergentu może na tyle obniżyć naturalną lepkość wody, że ułatwi wysuwanie się błon ze spirali koreksu (o ile ktoś będzie kręcił w niewłaściwą stronę). Przy mieszaniu przez obracanie koreksem, może dojść do pienienia się wywoływacza - lepiej obracać delikatnie, co jakiś czas uderzając denkiem koreksu o blat stołu, podłogę, etc. Zamiast "Fliponu" fotoamatorzy dodawali niekiedy do wywoływaczy negatywowych innych środków w rodzaju soli sodowej kwasu chlorowego. Te substancje miewały nierzadko odczyn lekko kwaśny, co owocowało obniżeniem PH wywoływacza i zmianą jego właściwości - w Atomalu prowadziłoby do zmniejszenia ziarna i słabszego wyzyskania czułości błony. To ostatnie wszakże byłoby przy rozcieńczeniu 1+3 znacznie mniej dokuczliwe, niż w razie wywoływania w "stocku". 1+3 w wyższych temperaturach Dzieje kolejnej modyfikacji wiążą się nierozerwalnie z nazwiskiem Andrzeja Artura Mroczka, polskiego fotografika, dziennikarza, modelarza, popularyzatora lotnictwa. W napisanej w roku 1981 (a wydanej sześć lat później) książce "O Fotografowaniu" (Wydawnictwo "Watra", Warszawa 1987) na stronach 28-30, podawany jest następujący sposób wywoływania błony Fotopan HL na czułość ASA 1600. 100 ml ORWO A-49 należy rozcieńczyć 300 ml wody z kranu. Wywołuje się w temperaturze 27 stopni Celsjusza, poruszając błonę (kręcąc pokrętłem koreksu) przez cały czas wywołania. Czasy wywołania błony Fotopan HL: A-49 (opakowanie na 600 ml) sporządzany był w sposób następujący: zawartość woreczka 1 rozpuszczano w 400 ml, przegotowanej i ostudzonej do 30-40 stopni Celsjusza, wody; po całkowitym rozpuszczeniu składników, porcjami dodawano część 2 i mieszano aż proszek rozpuścił się całkowicie, po czym dopełniano do 600 ml, filtrowano przez bibułkę (usunięcie drobin kamienia kotłowego pochodzących z czajnika w którym wodę zagotowano), zlewano do ciemnej, szczelnej butelki. Wedle A. Mroczka roztwór w butelce przetrzymywał bez istotnej zmiany właściwości co najmniej 2 miesiące. Tuż przed planowanym wywołaniem z butli odlewano 100 ml wywoływacza na jedną błonę małoobrazkową i dopełniano go 300 ml wody z kranu. Było to rozcieńczenie dostosowane do pojemności koreksów Krokus Tank 800. Roztwór zapasowy A-49 przechowywany w butelce był uważany za niezdatny do użytku, gdy zbrązowiał. {mospagebreak} Upraszczając do samej esencji. * A-49 w rozcieńczeniu 1+3 zastosowano dla: * Temperaturę 27 stopni zastosowano by: * Czas wydłużano o 20-25% na każde 3 DIN (2xASA), ponieważ temperatura i tak została już podniesiona do poziomu wystarczającego do sforsowania o 6 DIN (4xASA). To wygodniejszy sposób, niż stosowanie różnych temperatur przy forsowaniu do różnych czułości. * Poruszanie ciągłe zastosowano dla skompensowania reszty wydłużenia czasu spowodowanego rozcieńczeniem wywoływacza. Co prawda zysk wynosi tylko 10-15%, ale możliwość stosowania czasów omalże identycznych jak przy 1+0, w 20 stopniach, poruszaniu co 30 sekund, warta jest tego. Osobiście nie rozumiem obiekcji pomysłodawcy tej metody względem ciągłego poruszania błoną, co jakoby miałoby być monotonne i meczące. Periodyczne kręcenie, czy obracanie koreksu, jest nie mniej monotonne i męczące, na dodatek wymagając systematyczniejszej kontroli czasu i zegarka z sekundnikiem (jeśli ma być co 30 sekund). Wywoływałem już "kręcąc leniwie pokrętłem" kolejno w czterech koreksach, innym razem kręciłem pokrętłami dwu koreksów równocześnie, na dokładkę oglądając anime. Moim zdaniem takie ciągłe poruszanie jest wygodniejsze, angażując mniej uwagi, choć z drugiej strony bardzo utrudnia robienie czegoś innego w "przerwach międzyporuszeniowych" (np. przygotowanie roztworu środka zwilżającego). Osobiście wzbogaciłem kręcenie szpulą o podnoszenie pokrętła w górę i dół co jakiś czas oraz kołysanie koreksem na boki, jedno i drugie dla lepszego wymieszania wywoływacza. Jeśli jednak ciągłe kręcenie komuś nie odpowiada, można także kręcić szpulą, względnie obracać koreks przez 10 s co pół minuty, wydłużając czas o 10-15%, jak to podaje fachowa literatura. Jest to wszakże wartość orientacyjna, zatem należałoby przedtem upewnić się co do niej na próbce. Na zakończenie tego wątku warto wspomnieć o pewnej ciekwej zbieżności. Streszczenie artykułu z "Foto Falter" opublikowano na stronie 109 "Fotografii" nr 1962/4, jeśli wrócić się na str. 107 (czyli przewrócić jedną kartkę), trafimy na relację ze styczniowej wystawy prac studentów Politechniki Warszawskiej. Środkowy z trzech fotogramów noszący tytuł "Szczypie w nosy, szczypie w uszy", jest autorstwa... Andrzeja Artura Mroczka (nawiasem mówiąc zdjęcie zwyczajowo wygląda na ciężko doświadczone w druku; "Z Dziupli" o kilka numerów dalej miało jakby więcej szczęścia). {mospagebreak} A-49 1+4 Receptę na tak rozcieńczony wywoływacz podał Roman Kielich w "Foto" 2/1976 (s. 50) Porcję A-49 (na 600 ml) należy rozpuścić w 300 ml wody (czyli dwukrotnie mniejszej), kolejno według instrukcji. Następnie to 300 ml rozlewa się do 12 słoiczków o pojemności 25 ml, uzyskując dwukrotnie zatężony roztwór zapasowy. Przystępując do wywołania błon, każdą porcję roztworu zapasowego rozcieńcza się 9 częściami wody - na 25 ml zatężonego wywoływacza 225 ml wody. Zapewne do wywołania jednej błony rozcieńczyć trzeba dwa słoiczki, uzyskując 500 ml A-49 1+4 - opis tego nie precyzuje. W tak rozcieńczonym "Atomalu" o temperaturze 20 stopni Celsjusza, błonę NP 20 wywołuje się 30 minut, następną 35 minut i roztwór wylewa. Jeśli do tak rozcieńczonego (1+4) wywoływacza dodać przed obróbką 0,1 g Amidolu, błonę NP20 można naświetlić do 27 DIN/400 ASA uzyskując mniejszą ziarnistość niż na NP27. Prawdopodobnie w opisie powyższym chodzi o 1000 ml A-49 1+4 (cztery słoiczki: 100 ml + 900 ml wody). Czas wywołania NP 20 w A49 1+0 w temperaturze 20 stopni wynosił 9-11 min, co dawałoby współczynnik wydłużenia około 2,7-3,4. Niestety, nie podano sposobu poruszania błony, co więcej współczynnik 2,7 dla 1+4 wydaje się zawyżony (współczynnik dla 1+3 i poruszania co 30 s. to jakieś 1,9-2,1), toteż wydaje mi się że dla motywów kontrastowych, będzie wynosił raczej około 2,3-2,5, a te 2,7-3,4 dotyczy motywów o małym kontraście (NP 20 to błona wedle ówczesnego piśmiennictwa albo "średnioczuła", albo "niskoczuła"). Tak, czy siak ewentualnym miłośnikom rozcieńczenia zalecałbym przeprowadzenie testów. Moim zdaniem zamiast słoiczków 25 ml, lepiej wziąć buteleczki 50 ml - jedna buteleczka na błonę (w przypadku litrowego opakowania Calbe A-49 niezbędne będzie 10 sztuk, względnie 9, o ile jedną porcję planujemy wykorzystać wkrótce po rozrobieniu). Zatężony roztwór zapasowy będzie trwalszy od standardowego A-49 i odpowiednio przechowywany, w razie dokładnego usunięcia powietrza z butelki (śrutem szklanym, bądź gazem obojętnym), najpewniej wytrzyma bez istotnej zmiany właściwości, co najmniej pół roku (tyle bez trudu wytrzymuje nieużywany A-49 w rozcieńczeniu bazowym). Jest to więc sposób przechowania idealny dla sporadycznie pracujących z A-49: wywołanie kolejnych błon nie powoduje dodatkowego kontaktu z powietrzem przechowywanego w oddzielnych buteleczkach roztworu zapasowego, a uzyskanie potrzebnego stężenia roztworu roboczego (nieważne czy 1+0, 1+1, 1+2, 1+3, czy 1+4) jest łatwe. A-49 jako wywoływacz wielorazowy Na początku tego tekstu, podano współczynniki przedłużenia dla wywołania kolejno kilku błon w tym samym roztworze. Henry, moderator tej listy, niedawno starając się rozwiać wątpliwości jednego z listowiczów względem wywoływania wielorazowego, stwierdził "Wprawdzie większość twierdzi że 'tylko jednorazowo' - ale to mit". W przypadku znacznej części fabrycznych i zestawianych wywoływaczy pogląd ów jest całkowicie zgodny z praktyką - oczywiście o ile "roztwór wielorazowy" jest właściwie przechowywany, filtrowany przed każdym użyciem, odnotowuje się każdą wywoływaną w nim błonę, stosuje właściwe współczynniki, zachowuje zasady zdrowego rozsądku (np. nie próbuje się wywołać w stojącym pół roku po obrobieniu dziewięciu błon wywoływaczu, jeszcze tej dziesiątej). Niestety, Atomal/A-49 nie zalicza się do tej grupy. Jego używane roztwory są dość nieobliczalne, nie tylko niesłychanie utrudniając wypracowanie w stu procentach pewnych współczynników (o czym wspomina A. Mroczek w "O Fotografowaniu"), ale nawet nie dając pewności, czy taki używany roztwór będzie się nadawał do czegokolwiek - w dawnej prasie fotograficznej można co jakiś czas (patrz choćby wspomniane "Foto" 2/1976), znaleźć listy osób, piszących iż wywołują 600 ml 1-2 błony (zamiast 6), obawiając się iż wywoływacz po miesiącu okaże się zepsuty! Niejako na dodatek nierozcieńczony A-49 obniża czułość wielu typów błon, zaś rozcieńczonego nie można przechowywać dłużej niż jeden dzień (czasem zresztą tylko kilka godzin). Dlatego jeśli ktoś się zdecyduje pracować z A-49 w ten sposób, powinien ustalić czy, i o ile, czułość używanej błony ulega obniżeniu i w razie potrzeby odpowiednio intensywniej naświetlać. Przed właściwą obróbką błon w używanym już roztworze, należałoby wywołać próbkę, co pozwoli potwierdzić przydatność wywoływacza do pracy, względnie poprawność zastosowanego współczynnika. Fereby |
Fotografia czarno-biała: Calbe A-49 1+3, objaśnienia i czasy
Tekst poniższy miał zawierać głównie czasy wywołania. Postanowiłem jednak na wszelki wypadek dodać kilka objaśnień niektórych aspektów obróbki (obszerniejsze można znaleźć w Agfa "Atomal, ORWO A-49, Calbe A-49 - rozcieńczenie 1+3"). Jeśli ktoś nie jest nimi zainteresowany, od razu może skoczyć do rozdziału "Czasy". Sposoby długotrwałego przechowywania A-49. Jak wspomniano pod koniec poprzedniego tekstu, Atomal/A-49 jest dość kiepskim wywoływaczem wielorazowym, ponieważ właściwości używanego roztworu są iście nieobliczalne, a prócz tego miewa on tendencję do szybkiego się psucia. Wywoływacz nieużywany jest dość trwały i rzadko się zdarza, by nie wytrzymał (w ciemnej, zamkniętej butelce, z której usunięto powietrze) jakieś pół roku. Calbe A-49 jest obecnie konfekcjonowany w opakowaniach na 1 litr roztworu, co wystarcza do wywołania 10 błon zwojowych bądź małoobrazkowych. Czyni to problem jego długotrwałego przechowywania, jakby bardziej istotnym, niż względem dawnych opakowań AGFY/ORWO na 600 ml (6 błon). Co więcej, to że współczesny rynek błon zdominowany jest przez błony cienkowarstwowe, które ORWO i AGFA obrabiać zalecały w A-49 rozcieńczonym co najmniej 1+1, odznaczającym się niewielką trwałością, w praktyce wymuszająca stosowanie go jako wywoływacza jednorazowego, powoduje iż sposób ten musi być dostosowany właśnie do użycia jako "one shot developer". Za zupełnie nieźle sprawdzające się w codziennej praktyce, uznać należy przechowanie w jednej butli o pojemności 1000 ml (czyli podobnie jak w książce Andrzeja Mroczka). W razie potrzeby odlewa się po 100 ml na jedną błonę (i potem odpowiednio rozcieńcza), z butli ponownie usuwa się powietrze i szczelnie ją zamyka. Sposób ten ma wadę, że wywoływacz mający pozostać w pojemniku, podczas pobierania roztworu mającego posłużyć do aktualnie planowanego wywołania, ma kontakt z powietrzem. Jeśli jednak ktoś używa A-49 jako swego podstawowego wywoływacza, kwestia ta nie ma dlań praktycznego znaczenia, ponieważ roztwór zapasowy będzie zużywany nazbyt szybko, by ten dodatkowy kontakt z powietrzem zdołał mu w dostrzegalny sposób zaszkodzić. Fotoamatorzy używający A-49 sporadycznie, jako jeden z wielu wywoływaczy (np. służący tylko do forsowania), mogą spróbować sposobu opartego o rady Dietera Striedicke: sporządzić wedle przepisu na opakowaniu 1000 ml A-49, po czym rozlać do 10 butelek o pojemności 100 ml. Do wywołania jednej błony zużywa się zawartość jednej buteleczki, wywoływacz w pozostałych narażony nie jest na dodatkowy kontakt z powietrzem, więc psuje się wolniej niż w sposobie "jednobutelkowym". Z kolei jeśli ktoś planuje używać A-49 bardzo rzadko, może wypróbować technikę przechowywania opartą o rady Romana Kielicha - opakowanie na 1000 ml rozpuścić w dwukrotnie mniejszej objętości wody niż zalecana w fabrycznym przepisie, uzyskując 500 ml dwukrotnie zatężonego roztwóru zapasowego, po czym przelać go do 10 buteleczek o pojemności 50 ml. Do wywołania jednej błony bierze się zawartość jednej butelki i rozcieńcza odpowiednio większą ilością wody niż A-49 standardowy. By z 50 ml dwukrotnie zatężonego roztworu zapasowego uzyskać A-49 w rozcieńczeniu: {mospagebreak} Rozcieńczanie Sporządzanie rozcieńczonych roztworów z roztworów w rozcieńczeniu bazowym można opisać ogólnym wzorem: oc-ob=ow gdzie: Wzór ten zakłada, iż wiemy jakie rozcieńczenie ma roztwór bazowy, co jest równoznaczne ze znajomością całkowitej objętości roztworu roboczego, niewiadomą jest tylko objętość użytej do rozcieńczania wody. Dla zatężonych roztworów zapasowych, można by co prawda ten wzór łatwo zmodyfikować, nie jest to wszakże konieczne. Wygodniej skorzystać z rekurencji, tzn. wzór zastosować po raz pierwszy dla uzyskania rozcieńczenia bazowego (1+0), po czym po raz drugi dla ustalenia ilości wody niezbędnej do uzyskania rozcieńczenia roboczego i obie wyliczone objętości wody po prostu zsumować. Skoro do wywołania jednej błony w A-49 niezbędne jest 100 ml roztworu 1+0, to dla jego uzyskania z dwukrotnie zatężonego roztworu zapasowego trzeba dolać wody: 100 ml-50 ml=50 ml By następnie uzyskać A-49 w rozcieńczeniu 1+2, którego objętość wyniesie 300 ml (2x100 ml+100 ml; lub też 3x100 ml) trzeba dolać wody: 300 ml-100 ml=200 ml Zatem do 50 ml dwukrotnie zatężonego roztworu roztworu zapasowego A-49, by uzyskać wywoływacz w rozcieńczeniu 1+2, należy dolać łącznie wody: 50 ml+200 ml=250 ml Tak postępujemy, jeśli znamy objętość roztworu w rozcieńczeniu bazowym (1+0). Jeśli jej nie znamy, wiedząc natomiast ile wynosi ostateczna objętość roztworu rozcieńczonego (częste zwłaszcza w przypadku wywoływaczy pozytywowych), postępujemy na odwrót - najpierw wyliczamy objętość wody niezbędnej do uzyskania rozcieńczenia roboczego z bazowego i roztworu w rozcieńczeniu bazowym, a następnie ilość wody i roztworu zapasowego niezbędnych do uzyskania danej ilości roztworu w rozcieńczeniu bazowym. Uzyskane objętości wody sumujemy. Przykładowo, dla pięciokrotnie zatężonego roztworu zapasowego "Univerzalnej Vyvojki", którego potrzeba nam 1000 ml w rozcieńczeniu 1+1 (wywołanie powierzchniowe), obliczenia wyglądają następująco: 1. Dzielimy końcową objętość przez dwa (rozcieńczenie 1+1) dla wyliczenia objętości "jednej części" (tak wody, jak roztworu bazowego): 1000 ml/2=500 ml Jak wiemy roztwór 1+1 zawiera jedną część wody i jedną wywoływacza w stężeniu bazowym, toteż: wywoływacz: 1*500 ml=500 ml 2. Wyliczamy objętość pięciokrotnie zatężonego roztworu zapasowego niezbędną do uzyskania 500 ml roztworu w rozcieńczeniu bazowym: 500 ml/5=100 ml 3. Obliczamy objętość wody niezbędnej do doprowadzenia 100 ml roztworu zapasowego do rozcieńczenia bazowego: 500 ml-100 ml=400 ml 4. Ustalamy łączną ilość wody niezbędną do uzyskania 1000 ml wywoływacza 1+1 z pięciokrotnie zatężonego roztworu zapasowego: 500 ml+400 ml=900 ml W przeciwieństwie do roztworów zapasowych, które sporządza się głównie na bazie wody destylowanej, względnie przegotowanej, roztwory zapasowe do stężenia roboczego rozcieńcza się zwykłą wodą z kranu, co najwyżej filtrując ją dla usunięcia zanieczyszczeń fizycznych (rdza, piasek, włoski konopne, etc.), ewentualnie pozwalając jej się "odstać" kilkanaście godzin. Nie ma po prostu takiej potrzeby - roztwory robocze sporządza się do natychmiastowego zużycia, a nie do przechowywania. {mospagebreak} Sens forsowania błon Spór o to, czy opłaca się podnosić czułość błon przedłużonym wywołaniem toczy się co najmniej od końca XIX w. Bywały okresy gdy literatura nie zalecała tego rodzaju postępowania, wkrótce potem gorąco polecała, a jeszcze później twierdziła iż lepsze rezultaty daje doczulenie (np. moczenie w wodzie, poddanie działaniu par rtęci, delikatne zaświetlenie, etc.). W dzisiejszych czasach, gdy na rynku znajdują się błony czarno-białe EI 1600 i 3200, sens forsowania wydaje się wątpliwy. Świetną ilustracją jest tu zdanie ze str. 78 "Książki o fotografowaniu" A. A. Mroczka: "Powtarzam tu po raz drugi: skoro można kupić filmy o bardzo wysokiej czułości, nie ma już sensu katować filmów mniej czułych w wysokich temperaturach wywołania i nudzić się przy pokręcaniu szpulką koreksu." Jest tylko jeden szkopuł - EI 3200 to co prawda sporo, ale nierzadko potrzebne są czułości większe. Z balkonu ujrzałem kiedyś kapitalny obrazek - na pobliskim chodniku Kania (ptak) rozszarpywała przed chwilą upolowanego gołębia. W aparacie miałem błonę małobrazkową Ilford Delta 3200, a mój obiektyw 500 mm dysponował otworem względnym F-8. Było pochmurno, a na dodatek niewiele przez zmrokiem, toteż nie powinno dziwić iż światłomierz wskazał dla absolutnie minimalnego dla tej ogniskowej czasu 1/500 s, wartość przysłony F-4,5. Wychodziło więc iż niezbędny będzie statyw, który trzeba byłoby przynieść z drugiego pokoju i rozstawić. Dla spokoju ducha wykonałem jedną ekspozycję 1/250 F-8, ufając że niedoświetlenie pół przysłony uda się jakoś skompensować w procesie pozytywowym, ja przy 1/250 utrzymam aparat na tyle nieruchomo, by nie było poruszone (co parokrotnie mi się już udawało), zaś ptak nie odleci nim nie rozstawię statywu i go obfotografuję. Tylko to pierwsze założenie okazało się słuszne - z negatywu udało się potem uzyskać w miarę niezłą pod względem oddania świateł i cieni odbitkę na gradacji twardej. Natomiast co do dwu pozostałych... Gdy już prawie przykręciłem obiektyw do statywu, jakaś "szukająca zasięgu" dziewczyna prawie wpadła na ptaka, który porwał, jeszcze się ruszającego, gołębia w powietrze i odleciał w spokojniejsze miejsce. Natomiast co do tej klatki naświetlonej 1/250 F-8, wyszło na jaw iż z trudem uzyskuję dostateczną ostrość przy powiększeniu całego kadru. Wszelkie próby "obcinania" otaczającego Kanię chodnika, owocowały odbitkami nazbyt nieostrymi. Podobny przykład przytacza zresztą ten sam Andrzej Mroczek w swym wcześniejszym "O Fotografowaniu", opisując sytuację z pogrzebu kard. Stefana Wyszyńskiego, gdy do sfotografowania "tłumu żałobników z hutnikami niosącymi trumnę", obiektywem lustrzanym o otworze względnym F-8, niezbędna okazała się właśnie czułość ASA 6400, czyli ze dwa razy więcej obecnie najczulsze błony EI 3200. Z opisu co prawda nie da się wywnioskować, czy do wykonania zdjęcia była możliwość rozstawienia statywu, ale fakt faktem, że błona 3200 nie zawsze wystarcza. Nawiasem mówiąc, w "O Fotografowaniu" na str. 27 znajdujemy zdanie "Na marginesie, gdybym miał do wyboru film o czułości 12000 ASA lub trzecią rękę, wybrałbym bez wahania film 12000 ASA.". Co prawda chodziło o wykonywanie reprodukcji w bibliotece, co dziś wydaje się zbędne (skaner to obecne prawie norma), ale taka czułość także niekiedy się przydaje, co zresztą znajduje odzwierciedlenie w dokumentacjach Ilforda i Kodaka, podających czasy wywołania błon EI 3200 na nawet EI 25000! Warto także napomknąć, iż sforsowana błona średnioczuła charakteryzuje się z reguły drobniejszym ziarnem, niż wywołana standardowo błona wysokoczuła. Zdarza się to nawet, gdy obniżyć czułość tej drugiej - miałem coś takiego z TMAX 3200 i HP5+ wywołanymi na EI 1600 w A-49 1+3. Co prawda, gdy ujrzałem ziarno Ilford Pan 400 w W-17 (na EI 400), a także Fomapan 400 w D-76 (także EI 400), okazało się iż ziarno TMAX 3200 EI 1600, jest jakby mniejsze, a właściwie to sporo mniejsze, ale z HP5+ EI 1600 niespecjalnie mogło stawać w zawody. {mospagebreak} Forsowanie w A-49 Jak już parokrotnie wspomniano, forsowanie błon w Atomalu/A-49 wymaga podniesienia temperatury obróbki o 3 stopnie celsjusza na każde 3 DIN niedoświetlenia, oraz wydłużenia czasu o 20-25%. Toteż błonę którą przy w 20 stopniach wywołuje się 10 minut (czyli 600 sekund), dla czterokrotnego sforsowania należy poddać obróbce w A-49 podgrzanym do 26 stopni, przez 12-12,5 min. (720-750 sek.). Przy forsowaniu dopuszczalne jest stosowanie wywoływacza rozcieńczonego, oczywiście wymagając zastosowania adekwatnej poprawki. Jakby wygodniejszy jest sposób wymyślony przez Andrzeja Mroczka. Niezależnie czy czułość błony trzeba podnieść dwukrotnie, czy czterokrotnie (względnie nie podnosić wcale), używa się A-49 w rozcieńczeniu 1+3, podgrzanego do temperatury 27 stopni (jeden stopień więcej, gdyż wywoływacz z czasem stygnie). Błona jest poruszana stale, dla skrócenia czasu wywoływania, w rezultacie czego dla wywołania na czułość nominalną stosuje się identyczny czas, co przy obróbce w temperaturze 20 stopni, rozcieńczeniu bazowym (1+0), poruszaniu co 30 sekund. Dla dwukrotnego podniesienia czułości, czas wydłuża się o 20-25%, dla czerokrotego 40-50%. Dlaczego go stosuję? Ponieważ zgodnie z radą O. Gałdyńskiego uznałem, iż lepiej jest stosować w codziennej praktyce jeden wypróbowany sposób wywołania, co zapobiega błędom. Stosowanie A-49 1+3 pozwala używać go jako wywoływacza jednorazowego do błon małoobrazkowych. W razie potrzeby wywołania błony zwojowej wywołuję kolejno dwie w 800 ml (po jednej zwojowej i małoobrazkowej, bądź dwie zwojowe), czas wywołania drugiej wydłużając o 1-2 minuty. Dlaczego podczas wywołania w A-49 omalże zawsze stosuję temperaturę 27 stopni? Podniesienie temperatury wywoływania powoduje iż A-49 lepiej wyzyskuje czułość. Gdy mam wywołać małoobrazkowy HP5+ na EI 1600, a potem średnioobrazkową Deltę 3200 na EI 3200, musiałbym czekać aż wywoływacz ostygnie do 20 stopni, a w lecie go nawet chłodzić, wstawiając ściankę zlewki pod kran. W razie wywołania jednej błony oszczędność czasu jest mniejsza, ale też znacząca. Bojących się spłynięcia emulsji, względnie wzrostu ziarna, uspokajam - obecnie produkowane błony mają emulsję już wystarczająco zgarbowaną (ze względu na umożliwienie ich maszynowego wywołania w minilabach w temperaturze nawet ponad 30 stopni Celsjusza oraz szybkiego suszenia strumieniem rozgrzanego powietrza) i 27 stopni to dla nich fraszka. Co do wzrostu ziarna, niezgarbowane emulsje miekły pod wpływem temperatury, co ułatwiało przemieszczanie się cząstek srebra w żelatynie i zbijanie w większe skupiska (podobnie jak przy nadmiernie długim płukaniu). Wszakże zgarbowanie emulsji przed wywołaniem, bardzo ograniczało to zjawisko. W rezultacie D-25, tropikalna odmiana D-23 (zawierająca kwaśny siarczyn sodu w roli substancji garbującej) pozwalała uzyskać w temperaturze 25 stopni mniejsze ziarno niż klasyczny D-23 w temperaturze o 5 stopni niższej. Warto zauważyć, iż dawnych czasach, gdy wywoływano w temperaturze stopni 18, nie zalecano bez ważnej potrzeby jej podnoszenia do 20 stopni, a dla 23-24 radzono, by rozważyć wstępne zgarbowanie emulsji. Obecnie standardowa temperatura wywołania to 20 stopni, a Kodak, Ilford, Fuji i Foma od dawna podają czasy obróbki w roztworach o temperaturze 24, 26, 29, czy 30 stopni, przy tego rodzaju "tropiku" wcale nie apelując o zastosowanie jakiś dodatkowych środków ostrożności, prócz zalecenia, by unikać czasów wywołania poniżej czterech-pięciu minut (Fuji 3 minut), bo "mogą powodować problemy z powtarzalnością wyników". Ciągłe poruszanie błoną skraca czas wywołania o około 15%. Jeśli ktoś woli poruszać co 30 sekund przez 10 sekund, powinien wydłużyć czas dla poruszania ciągłego o 20%. Liczy się łatwiej niż 15% (a tym bardziej 17%), a 97,75% jest gorszym przybliżeniem niż 102%, choć oczywiście różnica 0,05% jest w praktyce bez znaczenia. 2% zresztą także - rozbieżność o jedną minutę wystąpi dopiero przy czasie wynoszącym 50 minut. Zgodnie z tym co napisał Andrzej Mroczek, ciągłe kręcenie szpulką koreksu bywa nudne, a przy wywołaniu kilku błon za jednym razem - męczące. Cóż, to kwestia gustu, dla mnie z kolei nudne i męczące jest obracanie co 30 s. przez 10 s, toteż gdy tylko mogę stosuję poruszanie ciągłe. Dla lepszego mieszania wywoływacza raz-dwa razy na minutę, parokrotnie podnoszę i opuszczam pokrętło koreksu (o ile dany model na to pozwala), ewentualnie kołyszę koreksem na boki. Ten ostatni sposób mieszania, można zresztą zastosować, jeśli komuś nie odpowiada kręcenie pokrętłem, a koreks nie jest przelewowy. Oczywiście kołysanie koreksami bardzo dużymi, bywa dość męczące, z kolei w wypełnionych po same brzegi roztwory mogą być mieszane w niedostatecznym stopniu - te same wszakże niedogodnośc występują i w koreksach przelewowych (na dodatek połączone niekiedy z przeciekami). W koreksach których szpule w trakcie kręcenia pokrętłem cykliczmie podnoszą się i opuszczają (np. koreksy Kaiser), cykliczne kołysanie na boki stosować można, tyle że ma ono wtedy znaczenie chyba wyłącznie czysto symboliczne. Negatywy wywołane w A-49 1+3, przy 27 stopniach Celsjusza na czułość nominalną, wychodzą miękkie, sforsowane dwukrotnie dość miękkie, a czerokrotnie uzyskują kontrastowość zbliżoną do normalnej. Dlatego do wywołania na czułość nominalną lepiej jest wziąć maksymalny czas wywołania podawany przez producenta (dla rozcieńczenia 1+0, 20 stopni, poruszania co 30 s.), np. dla FP4+ będzie to 8 minut. Nie dotyczy to oczywista sytuacji, gdy na błonie znajdują się motywy kontrastowe i bardzo kontrastowe, przy braku motywów o małym kontraście - wtedy stosuje się czas pomiędzy minimalnym i maksymalnym. Jeśli na błonie znajdują się głównie motywy o małym kontraście (np. 1:4), z pewną ilością motywów o kontraście normalnym (około 1:20), czy nieco większym (np. 1:250), czas wywołania można wydłużyć o 1 minutę (co dla FP4+ wyniesie 9 minut). {mospagebreak} Czasy Kodak TRIX (400 ISO) - EI 1600. A-49 1+3, 11 min, poruszanie ciągłe, 27 stopni Celsjusza. Błona nieco zbyt kontrastowa, choć dająca się nieźle kopiować, ziarno niewielkie, zbliżone do Ilford HP5+ na ten sam EI, powiększenie wycinkowe 7-8 krotne na format 9x13 bezziarniste. Ziarno dość przyjemne, nieco rozwiane. Krycie błony jest słabsze niż przy Foma W-17 1+1, za to mocniejsze niż Foma Fomadon 1+10 i 1+14. Czasy kopiowania przy żarówce 250 W, przysłonach od F-8 do F-22, papierze o czułości ok. 400, wynoszą od kilku (pełna klatka na 9x13, F-22), do do dwudziestukilku (powiększenie 16x, F-8). Ilford HP5+ (400 ISO) - EI 1600. 12-13 minut - parametry wywoływacza i poruszanie jak poprzednio. Gradacja tak sforsowanego negatywu jest bliska normalnej dla błon średnioczułych. Motyw o kontraście co najmniej 1:500 udało się omalże zadowalająco skopiować na gradacji normalnej AGFA Brovira (kontrast w wartościach logarytmicznych bliski 0,95, czyli blisko 1:10). Powiększenie wycinkowe 9x13 centymetrów bezziarniste siedmio-ośmiokrotne na gradacji twardej. Miększe gradacje pozwalają na powiększenia 8-10 krotne, podobnie zresztą jak większe formaty odbitek. Przykładowo z opisanej klatki udało się uzyskać wycinkowe bezziarniste powiększenie dziesięciokrotne, na gradacji normalnej AGFY i odbitce 13x18 cm. Motywy o małym kontraście, kopiują się bardzo dobrze na gradacjach twardych (Foma i AGFA), obiekt o kontraście 1:5 na błonie ma ok. 0,65 (czyli ok. 1:4). Prześwietlenie o 1 EV powoduje niewielki wzrost ziarnistości, Krycie błony podobne jak TRIX. Ilford Delta 3200 na EI 10000. 16,5 minuty - parametry wywoływacza i poruszanie jak poprzednio. Błona mało zadymiona, choć bardziej od nowej HP5+ na 1600 ASA. Niezła wyrównawczość, zdjęcia nocne na gradacji normalnej Fomy (0,7-0,8), choć jeśli mierzyć też odblaski wokół lamp ulicznych z trudem na specjalnej Fomy (1,2-1,3) przejścia podziemne i bramy na gradacji specjalnej Fomy i AGFY, niekiedy miękkiej Fomy (1,2-1,5). Dzienne - słońce 1:125 do 1:500 normalna Fomy, niekiedy specjalna Fomy (0,8-1,0). Pochmurno 1:16 normalna Fomy (0,7), 1:4 twarda Fomy (0,6). Ziarno - niestety równie wielkie jak w W-17 1+1 na EI 3200, względnie D-76 na tę samą czułość. Bezziarniste powiększenie z całego kadru do 13x18 cm. Powiększenie wycinkowe 13x18 cm przy powiększeniu ośmiokrotnym, objawia niewielkie, rozmazane ziarno w półtonach. Nie jest ono dokuczliwe, zupełnie ładnie udając naturalną strukturę powierzchni papieru, w razie skorzystania z papierów matowych, względnie półmatowych, staje się praktycznie niewidoczne. Dotyczy to wszakże wyłącznie poprawnego naświetlenia. Aczkolwiek prześwietlenie o pół przysłony (EI 6400) nie powoduje specjalnych konsekwencji to o przysłonę, względnie dwie (EI 3200 i EI 1600) może sprawić iż ziarno stanie się widoczne nawet przy powiększeniu 9x13! To samo tyczy się nieostrości - w nieostrych fragmentach fotogramu ziarno staje się widoczne przy powiększeniu wycinkowym 9x13 cm pięciokrotnym. Przy zdjęciach nocnych ta ziarnistość nie jest dokuczliwa nawet przy powiększeniach 50x60 cm z całego kadru. Składają się one głównie z czerni i bieli, a nieostre ziarno w półtonach nieźle udaje naturalne "pulsowanie" pręcików w warunkach słabego oświetlenia. {mospagebreak} Na czułość nominalną Ilford PanF+ 50 Bardzo małe ziarno, przy powiększaniu całego kadru 6x4,5 na format 9x13 trudne do dostrzeżenia przez lupę powiększalnikową - dla F-22 i papieru o czułości 400, czasy powyżej 4 sekund w razie zastosowania żarówki 150 W, bądź słabszej. Ilford Delta 400 Błona wywołana 7 minut nadaje się świetnie do motywów od dużej i bardzo dużej kontrastowości. Motywy o kontrastowości bliskiej przeciętnej, np. śnieżny widok w dzień pogodny (kontrast 1:8-1:16), dają się skopiować na gradacji twardej AGFY i Fomy (0.6-0.7), Niestety motywy małokontrastowe, np. śnieżny pejzaż w dzień pochmurny, (kontrast 1:2-1:4), wychodzą nazbyt miękkie, z trudem dając się przenieść na gradację ultratwardą AGFY (0.3-0.5). Błona wywołana 8 minut charakteryzuje się kontrastowością nieco mniejszą niż w 1+1 W-17. Gdy dla "Hydrofenu" kadr z osobą o ciemnej cerze na tle białej ściany lampą błyskową z bliska, uzyskuje kontrastowość 1.5-1.6 (gradacja miękka/bardzo miękka), A-49 1+3 daje kontrastowość 1.0-1.2 (gradacja specjalna/miękka). Scena uliczna z pierwszym planem w pełnym słońcu w południe (1:256) w "Hydrofenie" to kontrast 2.1 (poza skalą typowych papierów) w A-49 1.3-1,5 (gradacja miękka). Błona wywołana w A-49 charakteryzuje się większą przejrzystością strątu srebrowego, przy podobnych motywach czasy ekspozycji papieru o tej samej czułości krótsze około 1/3-1/4. Motywy o kontrastowości 1:20-1:64 w obu wywoływaczach mieszczą się na gradacji normalnej, a 1:4-1:16 twardej. Ilford Delta 3200 Przy 11 minutach błona miękka, nadająca się do zdjęć obiektów o dużym i bardzo dużym kontraście. Zdjęcia pod światło 1:1000, na gradacji twardej AGFY (0,7). Zdjęcia spod przepustu mostowego 1:5000 mieszczą się na gradacji specjalnej AGFY (1,1). Z kolei motyw o kontraście 1:64 mieści się jeszcze na gradacji twardej Fomy (0,55), co świadczy o dobrych własnościach wyrównawczych. Prześwietlenie 1EV nie powoduje specjalnych konsekwencji, 3-4 EV to poważny wzrost ziarnistości oraz spadek kontrastu i ostrości. Wywołanie 13 minut daje błonę dość miękką, przypominającą dawne negatywy wysokoczułe, choć lepiej radzącą sobie z motywami o średnim i małym kontraście (1:8-1:20), pozwalając je bez trudu skopiować na gradacji twardej AGFY i normalnej Fomy (0,7-0,8). Motywy o dużym kontraście, to gradacja normalna i specjalna AGFY (0,9-1,25). Powiększenie wycinkowe 7x na format 9x13 o gradacji twardej jest bezziarniste, specjalnej 8x. 8-10x na gradację normalną odbitki o powyższych wymiarach daje wyraźnie widoczne niewielkie, rozwiane ziarno. Jest ono mniejsze niż w przypadku błon obrabianych w Ultrafin+ i (mimo wspomnianego "rozwiania") jakby ładniejsze. Z drugiej strony Ultrafin+ pozwala uzyskać lepszą ostrość konturową, podobnie jak "Hydrofen", ten drugi na ID 3200 daje spore, ostre i zaskakująco ładne ziarno. ***** Jeśli ktoś chce wywoływać na czułość nominalną (bądź nieco wyższą) w A-49 1+3 w temperaturze 20 stopni, to także można, choć takie błony będą się charakteryzowały nieco gorszym wyzyskaniem światłoczułości. Dla poruszania ciągłego współczynnik rozcieńczenia 1+3 wynosił będzie ok. 1,6-1,8 (mały kontrast motywów: 1,8-2,0). Dla poruszania co pół minuty przez 10 sek. jakieś 1,9-2,1 (mały i średni kontrast motywów: 2,1-2,3). {mospagebreak} Czułość niższa Kodak TMZ 3200 na EI 1600. Tak wywołana błona jest miększa od Ilford Delta 3200 przy 11 min. Krajobraz o kontraście 1:64 daje się kopiować na gradacji twardej AGFY (0,65-0,7), jasny budynek o kontraście 1:20 na twardej Fomy (0,6), scena uliczna o kontraście ok. 1:250 to gradacja normalna Fomy (0,8). Ziarno jest trochę większe niż HP5+ na EI 1600, ale mniejsze niż Ilford Pan 400 na EI 400 w W-17 1+1, względnie Fomapan 400 w D-76 na EI 400. Maksymalnie 7x bezziarniste powiększenie wycinkowe 9x13 na gradacji twardej. Ziarno mniej wyraźne, niż HP5+, ale zupełnie ładne. Błony przeterminowane Materiały negatywowe, których termin ważności uległ przekroczeniu, charakteryzują się spadkiem czułości i większym zadymieniem. Z reguły więc zaleca się ich wywołanie w mało energicznie działających, rozcieńczonych wywoływaczach (np. Rodinal 1+200). A-49 1+3, dzięki niewielkiej skłonności do zadymiania, dobremu wyzyskaniu światłoczułości, które poprawia się jeszcze w wyższych temperaturach, nadaje się dobrze do obróbki błon przeterminowanych. HP5+ na EI 1600, 30 stopni, 12 minut, poruszanie ciągłe. Błona przechowywana w lodówce w temp. 5 stopni celsjusza, w szczelnym pudełku w towarzystwie środka pochłaniającego wilgoć. "Maco Cube 400 Clear", przeterminowany pół roku. Przechowywana jak poprzednia. 1+3, 17-19 minut, 27 i 30 stopni, poruszanie ciągłe. Błona ta dziwnie przypomina dawne negatywy uczulone na podczerwień produkcji AGFY i ORWO. Już w parę miesięcy po terminie ważności tracące poważnie na czułości i charakteryzujące się skłonnością do zadymienia. Jest to być może spowodowane jakąś interakcją sensybilizatora z emulsją - Ilford SFX, względnie Konica IR 750 przeterminowane nawet ponad rok charakteryzują się zadymieniem mniejszym. Negatyw wywołany 19 minut w 27 stopniach jest bardzo zadymiony i tragicznie miękki. Jako tako dają się kopiować wyłącznie kadry naświetlone bez żadnych filtrów. Te z czerwonym filtrem 8x ledwie dają się skopiować na gradację twardą Fomy, zupełnie nieźle jeśli użyć wywoływacza kontrastowego. Względem błon Konica IR (do 750 nm), względnie Ilford SFX (do 740 nm), w razie zastosowania filtra "Wraten B", producenci zalecają około szesnastokrotne przedłużenie ekspozycji (4 stopnie przysłony). Dysponując dwoma takimi filtrami ("SFX" Ilforda i A007 "Infrared" Cokina), względem Ilford SFX o czułości ISO 200 stosowałem ekspozycję przedłużoną dwudziestokrotnie (4 1/3 stopnia przysłony), uzyskując zupełnie niezłe wyniki, choć pewnego zimowego, słonecznego dnia udało mi się w ten sposób poważnie prześwietlić błonę (klatka 3 stopnie przysłony okazała się naświetlona poprawnie - śnieg odbija nie tylko światło widzialne, ale również promienie podczerwone). Względem błony Maco 400 Clear nawet otwór przysłony większy o 5 stopni (32x eskpozycja), okazał się zbyt mały - klatka miała kontrast 0,35 i ledwie dała się skopiować na gradacji twardej Fomy w 2M-PK. Błona wywołana w 30 stopniach celsjusza przez 17 minut ma minimalnie mniejsze zadymienie i kopiuje się lepiej. Krajobrazy 1:120, bez filtra dają się kopiować na gradacji normalnej Fomy (0,8), z filtrem czerwonym 8x na twardej (0,55), z ciemnoczerwonym Cokin Infrared przy przedłużeniu 32 razy, kiepsko na twardej w 2M-PK (0,40). W związku z powyższym, niezłym rozwiązaniem byłoby chyba wywołanie w A-49 1+4 w 20 stopniach, przy przedłużeniu 2,7-3,4 raza (poruszanie ciągłe), jeśli ktoś dysponuje termostatem, to można spróbować w temperaturze 29-32 stopni, odpowiednio skracając czas wywołania. Ewentualnie można pokombinować z A-49 1+7, przy współczynniku 3,5-4 razy przy poruszaniu najpierw co minutę przez 10 sekund (1/3 czasu), potem co 3 minuty (1/3 czasu), następnie co 5 minut (1/3 czasu). Uwaga! Są to współczynniki "teoretyczne", czyli uzyskane prostym przemnożeniem współczynników podanych producenta, dlatego dobrym rozwiązaniem byłoby je przedtem pretestować na próbkach. Wywołałem w zbliżony sposób tylko jedną błonę. Konkretnie było to: Temperaturę 24 stopnie zastosowano ponieważ choć temperatura otoczenia wynosiła 22 stopnie, nie byłbym w stanie utrzymać 27-32 stopni wywoływacza przez 45 minut, a nie chiało mi się wsadzać koreksu do miednicy z ciepłą wodą. Błona, choć przeterminowana aż rok, okazała się znacznie mniej zadymiona i łatwiej się kopiuje. Motyw 1:120 bez filtrów daje się kopiować na gradacji normalnej Fomy (0,8), z filtrem czerwonym 8x na gradacji twardej AGFY, (0,7), niestety filtr ciemnoczerwony Cokina przy zwiększeniu otworu przysłony o 5 i 6 stopni (32 i 64 razy dłużej), nadal daje kadry bardzo miękkie, choć twardsze niż poprzednio (0,5), tyle że jeszcze nie próbowałem ich kopiować, bo nie rozrobiłem 2M-PK. Ku memu zdumieniu, gdy kadry naświetlone na Ilford SFX i Konica Infrared z filtrem czerwonym 8x (1 1/2 - 1 2/3 przysłony wedle producentów), dramatycznie różnią się od np. Ilford Delta 100 z tym samym czerwonym filtrem 8x (3 stopnie przysłony), to Maco Cube 400 w tych samych warunkach praktycznie nie różni się od typowej błony panchromatycznej, co więcej ekspozycję także należy wydłużyć ośmiokrotnie! Nie wiem co o tym sądzić, ostatecznie to tylko 10-20 nm uczulenia niżej, być może w przeterminowanych "Maco" substancja sensybilizująca rozkłada się znacznie szybciej niż w "SFX" i "Infrared", ewentualnie błona ta jest potencjalnie słabiej uczulona w zakresie 700-730 nm, niż jej dwaj niedawni konkurenci (bo obu inkryminowanych błon już się nie wytwarza). Podłoże błony zwojowej z poliestru znacznie łatwiej, niż te z octanu celulozy, wchodzi w rowki koreksu. Trochę trudniej je jednak wyprostować po wywołaniu - niekiedy nie wystarcza zwinięcie błony stroną emulsyjną do zewnątrz nawet na dwa tygodnie. Jeśli ktoś nie chce wywoływać przeterminowanych Maco Cube 400 w Atomalu/A-49, równie dobry, a nawet lepszy, może okazać się "Rodinal"/"R-09" w rozcieńczeniu co najmniej 1+200. Podobnie jak rozcieńczony "Atomal" nie wnika zbytnio w głąb emulsji, wywołująć głównie halogenki znajdujące się bardzo płytko co niweluje w dużym stopniu odblaski, nie ma też nadmiernych skłonności do zadymiania, w rezultacie czego literatura dość często poleca go do wywoływania błon przeterminowanych, względnie niewywołanych od lat. I tu przedłużenie względem standardowego obecnie 1+40 waha się od 3.5-4.0 (Tuszko podaje 180-200% czasu bazowego na każde dwukrotne zwiększenie rozcieńczenia), do 6.0 (wielu autorów za oryginalnymi tablicami firmy AGFA chyba jeszcze z początku wieku XX). Podobnie jak w przypadku Atomalu/A-49, podniesienie temperatury poprawia wyzyskanie światłoczułości. Ilford Delta 3200 - EI 3200. 13 min - A-49 1+3, poruszanie ciągłe, 27 stopni Celsjusza. Tak wywołana błona przeterminowana o ponad rok, okazałą się mniej zadymiona, niż "półroczna" w W-17 1+1 (warunki przechowania obu błon identyczne - - szczelny pojemnik ze środkiem pochłaniającym wilgoć, 5 stopni Celsjusza). Błona blisko trzyletnia ma zbliżone zadymienie jak wspomniana w W-17 1+1, ale wciąż mniejsze ziarno. Oddanie motywów podobne jak w przypadku błony nieprzeterminowanej w A-49 1+3, na ten sam EI. Przypuszczam, że podniesienie temperatury wywołania do 30 stopni i skrócenie czasu wywołania do 11-12 min. pozwoliłoby nieco zmniejszyć zadymienie przy zbliżonym wyzyskaniu czułości, jednak jeszcze tego nie testowałem. Dodatek historyczny - Fotopan HL Wspominana parokrotnie w moich tekstach, względnie "O Fotografowaniu" A. Mroczka, błona Fotopan HL była odpowiednikiem HP4 Ilforda. Ten nowy materiał wysokoczuły pojawił się w połowie lat 60 i od razu został okrzyknięty jednym z najlepszych na rynku. Co prawda licencyjną produkcję HL-ki rozpoczęto dopiero w latach 70. (więc z blisko dziesięcioletnim poślizgiem), nie miało to wszakże istotnego znaczenia, ponieważ w tym okresie rozwój materiałów czarno-białych jakby nieco zwolnił. Początkowo jakość Fotopanu HL utrzymywała się na przyzwoitym poziomie, ale manewry gospodarcze ekipy Gierka szybko dały o sobie znać. Jak to często bywało w polskim przemyśle fotochemicznym (i nie tylko), dostawy od kooperantów były nierytmiczne, różnice czułości poszczególnych partii emulsji znacznie przekraczały dopuszczalne odchylenia, itp. W rezultacie HL zaczęło brakować w sklepach, a gdy już szczęśliwy nabywca wywołał ją sobie, okazywało się iż czułość jest zaniżona. Z tym ostatnim problemem poradzono sobie w typowy dla PRL sposób - czas wywołania został wydłużony. Oczywiście negatywne efekty przewołania dawały o sobie znać - ceną za podniesienie czułości był wzrost ziarna i kontrastowości. Zgodnie z obowiązującą normą taki negatyw należałoby traktować jako wywołany nieprawidłowo, ponieważ gradient średni wynosił ponad 0,65. Szkopuł w tym, że norma dotyczyła materiałów na użytek amatorski - wystarczało po prostu uznać iż dana partia produkcyjna Fotopanu HL... nie jest przeznaczona na użytek fotoamatorów, by móc zastosować inną normę, choćby i branżową, czyli inne punkty początkowe i końcowe dla prostej zastępczej. A że jednak taki "nieamatorski materiał" trafia potem do sprzedaży dla fotoamatorów, dowodziło wyłącznie, że wzięto sobie do serca zalecenia decydentów dotyczące "elastycznej reakcji na braki rynkowe". Zresztą niedostatki czułosci, występowały nagminnie w produkowanych u nas (i ZSRS) błonach. Doszło do tego, że gdy w PRL rozpoczęto produkcję substytutu D-76D, podane dla poszczególnych błon czasy miewały różnice o 1/3, podobno nawet 1/2 (np. 8-12 minut, 4-8 minut, itd.). Właściwie od zawsze, normy w PRL istniały głównie by łatwiej było zrobić klienta w konia. Ogół ludności domyślał się tego, wszak oficjalnie był to temat tabu - gdy kiedyś "Przekrój" postanowił opublikować zdjęcie bardzo topornej deseczki do wieszania papieru toaletowego, obdarzonej przez wytwórcę etykietką "gatunek luksusowy", cenzura "zdjęła" całą stronę. Fereby |
Fotografia czarno-biała: 2M-PK i 2M-PN Ulotki wywoływaczy pozytywowych firmy 2M zawierają kilka błędów i niejednoznaczności powstałych podczas ich przeredagowywania. Poniżej dane skorygowane, krótki opis i trochę rad praktycznych. 2M-PK: Wywoływacz pozytywowy, kontrastowy Opakowanie na 2 litry: 3,4-5 m Opakowanie na 5 litrów: 8,5-12,5 m Trwałość: Czas wywołania w minutach: Chłodniejszy ton niż "Univerzalni Vyvojka", ale mniej niebieski niż Fomatol LQN (i Fomadon LQN 1+4). Papiery chlorobromowe wysokoczułe Fomaspeed: gradacja twardsza nawet o jeden stopień. Jest to dość przydatne w razie pracy z negatywem niedowołanym, niedoświetlonym, miękkim zawierającym obiekty małokontrastowe (wywołanym w wywoływaczu o zbyt małych zdolnościach wyrównawczych. Wzrost czułości w porównaniu do "Univerzalni Vyvojki" około 1/4-1/3. Przykładowo odbitka na gradacji miękkiej - "Vyvojka": 14,3 s, 2M-PK: 10,5 s; gradacja twarda "Vyvojka": 12,0 s, 2M-PK: 7,9 s (te same negatywy i opakowania papierów światłoczułych, czas ustalony w oparciu o pomiar sześciu punktów negatywu światłomierzem ciemniowym). Papiery bromowe AGFA Brovira: kontrast wzrasta najwyżej pół stopnia - w rezultacie na gradacji specjalnej nie da się uzyskać, porównywalnego do wywołanych w wywoływaczach niekontrastowych "Brovir" o gradacji normalnej, nasycenia bieli i czerni. Brovira o gradacji normalnej uzyskuje podobne właściwości do papierów Fomaspeed o tej samej gradacji (gradacje "Fomaspeedów" są zawyżone około pół stopnia). Wzrost czułości w porównaniu do "Univerzalni Vyvojki" jest niewielki, albo żaden. W trakcie użytkowania nie mętnieje aż tak bardzo jak 2M-PN. Ulotka wewnątrz woreczka ma barwę fioletową. 2M-PN: Wywoływacz pozytywowy, normalny Wydajność - 1,5-2 m z litra Opakowanie na 2 litry: 3-4 m Opakowanie 5 litrów: 7,5-10 m Trwałość: Czas wywołania minutach: Wywoływacz na papierach chlorobromowych Fomaspeed daje ton czystoczarny, bądź chłodnoczarny (tzn. z lekką domieszką niebieskiego), oba zbliżone do tego co uzyskuje się w "Univerzalni Vyvojce" Fomy. Roztwór roboczy w miarę użytkowania coraz bardziej mętnieje - niekiedy bywa kłopot z dostrzeżeniem odbitki - ale, podobnie jak w przypadku słynnego "Unifenu", nie ma to najmniejszego wpływu na odbitkę i wcale nie świadczy o zużyciu wywoływacza. Ulotka wewnątrz woreczka ma barwę zielonkawą. Sporządzanie roztworów. Przygotowanie obu wywoływaczy jest dość podobne. Najpierw w podanej ilości wody całkowicie rozpuszczamy zawartość dużej torebki, potem to samo czynimy z zawartością małej torebki. Temperatura użytej do rozpuszczania składników wody winna się mieścić pomiędzy 25, a 30 stopni Celsjusza. Zarówno 2M-PK, jak 2M-PN można rozpuścić w objętości wody dwukrotnie mniejszej niż nakazuje instrukcja z opakowania. Co prawda czas sporządzania roztworu ulegnie wydłużeniu, ale taki "koncentrat" ma jeszcze większą trwałość - podobno wytrzymuje sporo ponad pół roku. Przed użyciem odmierzamy odpowiednią ilość takiego zatężonego wywoływacza i rozcieńczamy wodą (może być z kranu) w stosunku 1+1. Osobiście do sporządzania "koncentratu" używam wody demineralizowanej, którą uprzednio przegotowuję (usunięcie rozpuszczonego powietrza) i schładzam do temperatury zalecanej na opakowaniu. Fereby |
Fotografia cyfrowa: EXIF i GPS From: "Ganz" <ganzowatyWYTNIJTO@poczta.onet.pl> Witam,
|
Fotografia cyfrowa: Contrast masking
1. SELECT/ALL |
Hyde Park: Nowa klasyfikacja formatów
Ostatnio z pepe'm i Katzem dokonaliśmy nowoczesnej klasyfikacji
|
Hyde Park: Cyfra vs. analog
From: "Arek"
|
Hyde Park: Nowe oręże Kodaka...
From: "Mariusz Kupiec"
|
Hyde Park: Moje idealne body...
From: " Uhikura"
|
Hyde Park: Jak załapać się na imprezy "fotograficzne"
From: "Marek Wagrodzki"
|
Hyde Park: Skąd sie biorą mało kompatybilne rozwiązania...
From: "Mariusz Kupiec"
|
Hyde Park: O piwożłopie i zdjęciorobie
From: "Mariusz Kupiec"
|
Hyde Park: Krytyka na plfoto
> > Bez sensu jest prowadzić galerię zdjęć do których nie można się
|
Hyde Park: Pomocy, co mam robić?
Subject: Pomocy co mam robic?
|
Hyde Park: Porady z "Przyjaciółki"
From: starybiezanow+poczta.onet.pl
|
Hyde Park: Prawdziwy fotograf
From: "@(wytnij to)email.com" <""scoco\"@(wytnij to)email.com">
|
Hyde Park: Problemy użyszkodników
Autor:Michal Wegierek
|
Hyde Park: Recepta dla Iczka
From: embe+cyberia.pl |
Hyde Park: Zabawne opisy na stronach www
Sigma-foto.pl, bylo: Wypożyczalnia obiektywów - [HUM]?
|
Hyde Park: Cytaty grupowe
Okazuje sie, ze dobry aparat sam z siebie dobrych zdjec robic nie potrafi. [...] W kazdym razie pamietaj, ze to nie aparat sam robi zdjecia i jak kazde inne
"Roznica jest drobna - szum to zaklocenie, ziarno to budulec"
Rafał Pochopień Jedną z podstawowych zalet fotografii amatorskiej jest to, że można nie robić zdjęć 1) Wątek: Pytanie - wybór aparatu fotograficznego - 1999/09/02 |
Hyde Park: Najlepszy aparat!
Autor:[ d z e r r y ] (dzerry+panda.bg.univ.gda.pl) |
Hyde Park: Typy na grupie.... ludzi oczywiscie
Autor: Zubek Photo plphoto@WYTNIJ.gazeta.pl |
Hyde Park: Z czym iść na pierwszą wystawę kolegi?
Re: Wystawa fotografii |
Hyde Park: Zasłyszane
Autor: Hrehor gregfakeboss+friko7.onet.pl Autor: Jakub Jewuła biuro+skanowanie.com.pl Autor: Maciej Toliński Date: Wed, 30 Jan 2002 14:41:44 +0000 (UTC)
From: "Rot"
|
Hyde Park: F5 i jego użytkownik
Newsgroups: pl.rec.foto |
Hyde Park: Dowcipy
Facetowi urodziło się dziecko.
Helmut Newton w restauracji. (przerobił z oryginału: raffcio) Przychodzi do fotografa zebra z pingwinem zrobić sobie zdjęcie. Fotograf : - Kolorowe, czy czarno-białe? |
Hyde Park: O męczeniu się...
From: "Michał Birnbach"
|
Hyde Park: Dialogi labowe
Date: Mon, 18 Feb 2002 15:11:56 +0100
|
Hyde Park: Długi czerwony obiektyw
Temat:Dlugi czerwony obiektyw |
Hyde Park: Co kupić?
From: kubaphoto+aol.com (Kubaphoto)
|
Hyde Park: Takie tam bzdety, o ambitnej młodzieży i rozwijaniu zainteresowań
From: "Mariusz Kupiec" |
FAQ - Pytania ogólne: Jak zapytać żeby zwiększyć swoje szanse na sensowną odpowiedź?
Jeżeli chcesz otrzymać przemyślaną odpowiedź to najpierw przemyśl pytanie! Zasada numer 1: nie zadawaj pytań które były ostatnio na grupie lub są w FAQ. Jeżeli jesteś baaaaaardzo początkujący i zdajesz sobie sprawę z tego że
|
FAQ - Pytania ogólne: Dlaczego dostaję niekonkretne odpowiedzi na moje pytania?
From: Tadeusz Włodarczyk
|
FAQ - Pytania ogólne: Jaką kupić cyfrówkę? - prf Nie Ta Grupa!Skoro zostałeś tu odesłany to znaczy że to co napisałeś nie pasuje do profilu tej grupy. Sprawdź w opisie grupy czy nas to interesuje. |
FAQ - Pytania ogólne: Jak żyć długo i spokojnie? ¦ ¦ P l o n kTrafiłeś na czyjąś listę ignorowanych osób - najwidoczniej nie czytałeś tego. |
FAQ - Pytania ogólne: Dlaczego nie dostaję konkretnych odpowiedzi na moje pytanie?
|
FAQ - Pytania ogólne: Dlaczego nie mogę się zarejestrować na tej stronie? Ta strona nie jest forum, więc dostęp do edycji mają tylko wybrani użytkownicy. Ty też możesz zostać zostać edytorem - krótki e-mail z paroma słowami o Tobie wystarczy. |
FAQ - Pytania ogólne: Czy ja też mogę coś dopisać do FAQ? Wyślij pytanie i odpowiedź do administratora FAQ - on je umieści za Ciebie. Gdy stan strony i FAQ się unormuje zostaną przydzieleni nowi redaktorzy lub zostanie stworzony specjalny użytkownik dostępny dla każdego. |
FAQ - Pytania ogólne: Gdzie znaleźć grupę pl.rec.foto? Grupy pl.rec.foto.* na serwerze grup dyskusyjnych lub przez bramki www (onet.pl, gazeta.pl, groups.google.com) Grupę foto.moderowana na serwerze news.cyfrowa.info:119 |
FAQ - Pytania ogólne: |
FAQ - Pytania ogólne: |
FAQ - Sprzęt: Czy warto się przejmować...?
Re: czyszczenie optyki-ekspansja szału...
|
FAQ - Sprzęt: Mam pseudospota - czy mam wyrzucić aparat?
Nie - jeszcze kogoś uderzysz... ;-)
|
FAQ - Sprzęt: A ile to jest spot 10% kadru i czy taki pseudospot wystarczy?
To zalezy od naszych wymagan - im mniejsza jest powierzchnia pomiaru tym
|
FAQ - Sprzęt: Mam 10% spota - dlaczego koledzy patrzą na mnie z politowaniem?
Podział na spot i pseudospot jest umowny. Średnio przyjumuje się że od 2% w
|
FAQ - Sprzęt: Czy tani rzutnik jest wart zakupu?
From: "Krzysztof Kowalewski"
|
FAQ - Sprzęt: Gdzie znajdę komisy w Warszawie?
From: "AK" |
FAQ - Sprzęt: Czy warto kupić ... dla lepszej jakości?
From: Michal Krogulec |
FAQ - Sprzęt: Jak najtaniej skompletowac zestaw sprzetu do makro? From: "Marek Wyszomirski" |
FAQ - Sprzęt: Jakie akumulaorki i jaką ładowarkę do nich kupić? Uwaga - artykuł przestarzały! From: " "
|
FAQ - Sprzęt: Jakie są migawki w LF?
wymiary w mm Compur 00 Compur 0 Compur 1 Compur 3 Powyzsze tyczy sie tez Copala (ogladac w czcionce monospaced (Courier)!.
1 2 3 4 5W punkcie 2 listki zaczynaja sie otwierac, tester mowi ze migawka zaczela |
FAQ - Sprzęt: Jak opanować AIM? From: "Tomasz ÂŻychiewicz" From: "Marcin Średnicki" Newsgroups: pl.rec.foto Subject: Re: AIM - jak opanowac? Date: Tue, 10 Jun 2003 09:19:03 +0200 Do tego znakomitego opisu można tylko dodać jeszcze że poprawka wprowadzana przez matrycę i system AIM w Canonach którymi się bawiłem nie przekracza +/- 1 EV. |
FAQ - Sprzęt - Aparaty: Na co zwrócić uwagę kupując używany sprzęt?
From: "Dizel" |
FAQ - Sprzęt - Aparaty: Jaki średnioformatowy mieszkowiec?
Temat: Re: kolekcjonerski średnin format
|
FAQ - Sprzęt - Aparaty: Jaki średni format do 1000zł? (update)
From: maildras+mp.pl (Andrzej Sroka)
|
FAQ - Sprzęt - Aparaty: Chcę coś na gwint M42? Czy tylko Zenit i Practica?
From: "eRBe"
|
FAQ - Sprzęt - Aparaty: Gdzie znaleźć instrukcje do starych aparatów?
|
FAQ - Sprzęt - Aparaty: Czym się różni EOS 620 od EOS 300?
15 lat starszy EOS 620 wygrywa z 300 na punkty 10 do 6 ;). Przy czym wygrywa we wszystkich najważniejszych konkurencjach. Jedyną ważną przewagą 300 jest szybszy i lepiej działający autofocus - ale jego czułość jest taka sama jak jej starszego brata. Świat Pozostałe rzeczy, jak lepsza migawka w EOS 620, krótsze synchro z lampą, większa szybkostrzelność i większa możliwość korekcji ekspozycji sprawiają, że to porównanie to prawdziwy knock-out. Zwłaszcza, że cenowo te aparaty od siebie nie odbiegają - a nawet Oczywiście - każdy wybiera to, co lubi. W końcu to nie aparat robi zdjęcia, tylko fotograf. Ale dobrze jest mieć czym te zdjęcia zrobic... Autor: Wojciech Chmielnicki |
FAQ - Sprzęt - Aparaty: Jakie aparaty są na bagnet K? Date: 20 Mar 2002 15:09:55 GMT |
FAQ - Sprzęt - Aparaty: Co sądzicie o EOS 620?
|
FAQ - Sprzęt - Aparaty: Jakie są oznaczenia Nikonów w USA? From: Piotr_Keplicz |
FAQ - Sprzęt - Aparaty: EOS 30 czy 33?
From: rhr+poczta.wp.pl (=?iso-8859-2?Q?Rafa=B3_Hernicki?=) Subject: Re: EOS 33 a 30 Date: 30 Nov 2002 13:06:08 +0100 > Co sadzicie o funkcji sterowania okiem w EOS 30? Dziala dobrze, tylko zauwazylem ze jak skalibrowalem w ciemnym pomieszczeniu to w jasnym swietle troche zle to dzialalo. Chyba trzeba skalibrowac dwa razy. > Czy tak naprtawde w praktyce jest to potrzebne, czy lepiej poprostu kupic > 33? Mialem przez miesiac 33, teraz mam z koniecznosci 30 i jestem zadowolony. Jak masz kase to kup 30, a jak nie to kup 33 i obiektyw 50mm za roznice w cenie bedziesz mial wiecej pozytku niz ze sterowania okiem. Sterowanie okiem przydaje sie chyba najbardziej przy reportazu i sporcie, przy portrecie i krajobrazie raczej mniej. From: "moko" Subject: Re: EOS 33 a 30 Date: Sun, 01 Dec 2002 21:31:14 GMT A ja mam 33 bez eye control i jestem zadowolony i w zupełności to wystarcza. Bonus jest taki zę w odrużnieniu od 50E masz z tyłu body (na pokrętle od przesłony w trybie M) pewnego rodzaju joystik. ÂŁatwo pięknie i przyjemnie. Plusem 30 jest to że chcąc go póżniej sprzedać masz większą możliwość znaleść klienta i więcej weźmiesz (tyle ze więcej musisz sam wyłożyć na wstępie, więc to moze nie jest dobry argument) Jedno co jest pwne to to że Brak kalibracji na oko nie czynie 33 gorszym aparatem od 30!!!! From: "KLOSZ" Newsgroups: pl.rec.foto Subject: Re: EOS 33 a 30 Date: Sat, 30 Nov 2002 13:09:14 +0100 > Co sadzicie o funkcji sterowania okiem w EOS 30? [..] Z pewnoscia jest to kwesia przyzwyczajenia, nawyku i indywidualnych preferencji. Mam 50E i czesto korzystam z tej funkcji. Przyzwyczajenie powoduje, ze teraz ciezko byloby mi bez tego focic. Wygodny gadget. |
FAQ - Sprzęt - Aparaty: Jaki kupić aparat dalmierzowy?
Zebrał: Jacek Welz
|
FAQ - Sprzęt - Aparaty: Jaka lustrzanka nadaje sie dobrze do makrofotografii?
From: "Marek Wyszomirski" |
FAQ - Sprzęt - Aparaty: Co kupić D5d, EOS350D, D70(s), istDs?
Grupa dyskusyjna: pl.rec.foto.cyfrowa {mospagebreak} Jeżeli po przeczytaniu części pierwszej doszliśmy do wniosku że w |
FAQ - Sprzęt - Aparaty: Jaki manual do 500zł?
From: kubaphoto+aol.com (Kubaphoto)
|
FAQ - Sprzęt - Aparaty: Co lepiej kupić - dalmierzowca czy lustrzankę?
Zebrał: Jacek Welz
|
FAQ - Sprzęt - Obiektywy: Jaki zestaw dobrych szkieł do EOS'a?
From: "Wojciech Chmielnicki"
|
FAQ - Sprzęt - Obiektywy: Jaka może być maksymalna rozdzielczość obiektywu przy różnych przysłonach?
Date: 8 Apr 2002 10:46:26 GMT f D
|
FAQ - Sprzęt - Obiektywy: Który Zeiss to Zeiss?
Date: Mon, 1 Oct 2001 15:18:23 +0200 |
FAQ - Sprzęt - Obiektywy: Co to jest USM / HSM / AF-S (Silent Wave)?
Date: Thu, 24 Jan 2002 23:38:44 +0100 |
FAQ - Sprzęt - Obiektywy: Co oznacza rozdzielcza 1.6:1 - 55 linii / mm; 1000:1 - 135 linii?
From: Dizel |
FAQ - Sprzęt - Obiektywy: Co to znaczy, ze obiektyw dobrze rysuje?
Temat: Re: Co to znaczy, ze obiektyw dobrze rysuje ? |
FAQ - Sprzęt - Obiektywy: Jaki jest podstawowy zestaw obiektywów na M42?
Date: 18 Apr 2002 19:19:13 GMT
|
FAQ - Sprzęt - Obiektywy: Jakie obiektywy warto kupić na M39?
Date: Fri, 14 Dec 2001 11:50:09 +0100
|
FAQ - Sprzęt - Obiektywy: Co to jest aberracja?
From: "piotr kleczek" |
FAQ - Sprzęt - Obiektywy: Do czego służy przełącznik A/M w obiektywach M42?
W obiektywach na gwint M42 przysłona przymykana jest z body poprzez bolec w tylnej części obiektywu. Aby zepewnić poprawne działanie takiego obiektywu z aparatami nie obsługującymi tego lub z mieszkami do makro - obiektyw posiada przełącznik który w pozycji M (Manual) pozwala na przymknięcie przysłony od razu pierścieniem. W Pozycji A (Auto) ustawienie przysłony na pierścieniu nie ma wpływu na rzeczywiste przymknięcie przysłony do czasu wciśnięcia "bolca". Jeśli obiektyw nie ma takiego przełącznika i obsługuje tylko tryb A(uto) to należy wcisnąć bolec na stałe (np. używając przejściówki z kołnierzem). |
FAQ - Sprzęt - Filmy: Wybrać slajd czy negatyw?
Autor:Jakub Jewuła (biuro+skanowanie.com.pl)
|
FAQ - Sprzęt - Filmy: Dlaczego maszyny ramowe są lepsze?
Date: Tue, 8 Jan 2002 20:51:56 +0100
|
FAQ - Sprzęt - Filmy: Co oznaczają symbole na perforacji slajdów Fuji?
From: Karol_Cieśla (kareem33@NO.SPAMZpoczta.onet.pl) |
FAQ - Sprzęt - Filmy: Gdzie znajdę rankingi filmów?
http://www.fotonyf.republika.pl/kurs/filmyspis.htm |
FAQ - Sprzęt - Filmy: Jakie ramki do slajdów warto kupić?
Re: Zbieram opinie o ramkach do slajdów. |
FAQ - Sprzęt - Filmy: Jakie polecacie negatywy?
To tylko spis kilku polecanych filmów - bez ich dokładnej oceny i analizy.
|
FAQ - Sprzęt - Filmy: Jak fotografować na filmach IR?
|
FAQ - Sprzęt - Filmy: Jak zmienić kod DX na kasetce?
Autor: bruvar bruvarek+wp.pl |
FAQ - Sprzęt - Filmy: Jak zmienić nieskończony film w aparacie na inny i spowrotem?
1. Zwiń film A w aparacie. |
FAQ - Sprzęt - Lampy błyskowe: Jaki kupić tani światłomierz z pomiarem światła błyskowego?
From: "Tomaszek"
|
FAQ - Sprzęt - Lampy błyskowe: Czy Omnibounce Stofena to zwykłe pudełko?
Autor: twilight nospam@nospam.com
|
FAQ - Sprzęt - Lampy błyskowe: Jak wyliczyć moc na kondensatorach lampy błyskowej?
Date: 20 Mar 2002 10:59:54 +0100
|
FAQ - Sprzęt - Lampy błyskowe: Czy kontrolka lampy błyskowej może się zapalić zanim lampa się naładuje?
Date: Thu, 7 Mar 2002 10:43:21 +0100
|
FAQ - Sprzęt - Lampy błyskowe: Jak sumować moc lamp błyskowych?
Date: Tue, 08 Jan 2002 02:30:01 +0100
|
FAQ - Sprzęt - Lampy błyskowe: Czym się różni A-TTL od E-TTL?
Autor: AC |